2 kwietnia minęło 30 dni od śmierci ks. Alfreda Ignatowicza
- Proboszcza i Dziekana Knyszyńskiego...
Bp Edward Ozorowski
KAPŁAN BOGATY W CZŁOWIECZEŃSTWO
Ks. Alfreda Ignatowicza poznałem w 1958 r. W seminarium jako alumna. Był wysoki, szczupły, włosy na jeżyka, uśmiechnięty.
Szybko się z nim zaprzyjaźniłem. Urzekły mnie od początku cechy jego charakteru: pogodnego usposobienia, pozytywnie nastawiony do wymogów kościelnych, sprawiedliwy, nieprzekupny.
Gdy inni widzieli plamy, on dostrzegał jasne strony. Gdy inni buntowali się, on potrafił tłumaczyć sens tego, co ciężkie. Miał nieprzeciętne zdolności, egzaminy zdawał na piątki. Nic dziwnego, że po kilku latach pracy duszpasterskiej, został skierowany na studia specjalistyczne na KUL, które uwieńczył stopniem magistra i licencjusza teologii w zakresie historii Kościoła.
Jako student KUL miał duże wzięcie u młodzieży akademickiej i studiujących tam księży. Prowadził swego rodzaju duszpasterstwo akademickie, a księża wybrali go na seniora konwiktu. Był gościnny i towarzyski, lubił przebywać w gronie kolegów. Przyjaźnił się z księżmi spoza swojej diecezji.
Po powrocie do diecezji pełnił funkcję duszpasterza akademickiego w Białymstoku. Rozwinął wtedy akcję poszukiwania mieszkań dla studentów i przychodzenia z pomocą dla najuboższych.
Organizował co roku pielgrzymkę młodzieży akademickiej z Warszawy na Jasną Górę, przez co zaskarbił sobie serca uczestników na długie późniejsze lata. Wszystkie swoje pieniądze wydawał na cele duszpasterskie, sam żył skromnie. Takim pozostał do końca.
Po przeniesieniu się do Knyszyna, nie zmienił cech swego charakteru, chociaż wysokość stanowiska oddaliła go nieco od zwykłych ludzi. Heroicznie znosił swoje cierpienie: nie narzekał, nie skarżył się, w szpitalu dawał przykład pokory i godzenia się z losem.
Szkoda, że uległ wypadkowi. Mógłby bowiem jeszcze wiele zrobić dobrego. Widocznie jednak Pan uznał go za wystarczająco dojrzałego, by zabrać do siebie.
Ks. Ignatowicz od dzieciństwa miał w sobie kapłańskiego ducha. Wyraża się on przede wszystkim w dawaniu siebie innym, w bezinteresownym darze. Duch ten pomaga człowiekowi odnajdywać się we wszystkich okolicznościach życia, widzieć jego sens i wytrwale zdążać do celu.
W Szudziałowie jako prefekt dojeżdżał w pogodę i niepogodę do punktów katechetycznych, organizował rekolekcje dla młodzieży, okazywał szacunek starszym.
W Lublinie głosił kazania w domu akademickim na "Poczekajce", jeździł z posługa duszpasterska do parafii. W ferie świąteczne i wakacyjne pomagał, według potrzeby, swoim księżom kolegom.
Szkoda, że nie robił doktoratu. Miał ku temu zdolności i na pewno prace uwieńczyłby sukcesem. On jednak wolał być cały czas z ludźmi, a nie siedzieć wśród książek. Pięknie mówił i pisał. Jego słowa posiadały skrzydła. Zauważał to, czego inni nie widzieli, pokazywał, ze ważne jest to, co niektórym wydaje się błahe.
Jako proboszcz i dziekan knyszyński ks. Ignatowicz zajmował wysoką pozycje w hierarchii kościelnej. Brał udział w zebraniach kurialnych, organizował konferencje dekanalne, opiniował wnioski przedkładane z dekanatu Ks. Arcybiskupowi. Cieszył się szacunkiem u wszystkich rządców archidiecezji białostockiej, biskupów: H. Gulbinowicza, E. Kisiela, S. Szymeckiego i W. Ziemby. Chętnie go zapraszano, słuchano, bo był ludzki.
Zaskoczył wszystkich swoja prośbą, by jego doczesne szczątki pogrzebano na cmentarzu w rodzinnej wsi Hołodolinie. Dla mnie nie była to niespodzianka. Widziałem bowiem jak bardzo duszą swoją był związany z życiem na wsi: poranną rosą, zachodami słońca, zbieraniem zboża i wykopkami, śpiewem skowronka, z przylotami i odlotami bocianów.
Jego dusza tętniła wiejskim życiem, śpiewała kolędami i pieśniami wielkanocnymi. Na wsi żył niedługo, wystarczająco jednak, by z jej posagu przeżyć resztę życia. Ani Białystok, ani Knyszyn nie powinny mu mieć za złe, że nie wybrał ich cmentarzy na miejsce "wieczornego spoczynku".
Ostatecznie mieli go wśród siebie jako dar jego rodziców i współplemieńców. Teraz przyszedł czas spłacenia długu, odwzajemnienia okazanej życzliwości: przez modlitwę, wspomnienia, nawiedzania jego grobu i na wszelki inny sposób, który podpowie serce.
Ks. Alfred Ignatowicz
TESTAMENT
Jestem dłużnikiem moralnym wszystkich, którzy okazali mi serce.
Szczególnie młodzieży akademickiej, którą również ceniłem i kochałem.
Wszystkim dziękuję za każdą życzliwość. Przepraszam za każde zło lub zgorszenie, które wyrządziłem przez nieuwagę lub głupotę. Świadomie starałem się nigdy nie skrzywdzić nikogo.
Bogu dziękuję za wiarę i za to, że mogłem żyć w tak pięknym okresie historii, w czasie Jana Pawła II, Kardynała Wyszyńskiego, "Solidarności" czy wolności narodów Europy.
Dziękuję Księżom Biskupom za wyróżnianie mnie i docenianie. Uważam, że zostałem obdarowany obficie.
Jeszcze raz przepraszam i proszę o modlitwę.
Materiał zamieszczony w specjalnym wydaniu "Nowego Gońca Knyszyńskiego"
- publikujemy za zgodą jego redakcji...