..."Ciągnik" i "Owca" to dwa wielkie przeboje, które zna chyba każdy młody człowiek w Polsce. Ale również dzięki "Biribombie", "Czuje, że je musze", "Poniedziałkowi" czy piosence "Włos to włos" Blendersi od wielu lat utrzymują się w czołówce polskiego rocka. Zasłynęli też jako jedna z najbardziej żywiołowych grup koncertowych w kraju.

"BLENDERS" W MOŃKACH

Amfiteatr w Mońkach - 22 sierpnia 2004

Dziesięć lat temu debiutowaliście jako zespół rockowy. Wasz krążek "Kuciland" jest tymczasem wyraźnym nawiązaniem do atmosfery muzyki disco z lat 70... Jak rozumieć akurat taki kierunek artystycznego rozwoju?
Blenders: Często ludzie zwracali nam uwagę, że wszystkie nasze płyty brzmią jak składanki; każda różni się od pozostałych, a nawet w obrębie tego samego materiału poruszamy się w różnych stylach. Tym co łączy te płyty jest jakaś pozytywna energia. Jest ona i na pierwszym i na ostatnim materiale, a to, że tam zagraliśmy na przesterowanych gitarach natomiast tutaj nie, nie ma specjalnego znaczenia. Poza tym ten lżejszy, bardziej "pozytywny" i taneczny kierunek obraliśmy właściwie już na drugiej płycie, więc "Kuciland" postrzegamy raczej jako łagodną ewolucję niż rewolucję.

Spytałem, bo śledząc Wasz rozwój można odnieść wrażenie, że staracie się przede wszystkim reagować na zmianę gustów. Kiedy debiutowaliście, słuchano jednak rocka. Teraz jak wiadomo rock jest w defensywie, a ludzie przede wszystkim bawią się, tańcząc?
B.: Nigdy nie robiliśmy niczego, co nie odpowiadało by nam jako muzykom. Jeżeli nasza muzyka ewoluuje w określonym kierunku, to tylko dlatego, że w tym kierunku ewoluujemy jako muzycy. Pamiętaj, że jesteśmy jednak zespołem, a nie wymyślonym przez wytwórnię projektem. Nie robimy muzyki pod wpływem wskaźników ekonomicznych informujących nas, co aktualnie najlepiej się sprzedaje, tylko pod wpływem naszych własnych gustów.
Oczywiście, że zależy nam na tym, że nasze utwory podobały się słuchaczom, ale nie do tego stopnia, żebyśmy musieli naginać się do koniunktury. Prawdę mówiąc nie jest to proste. Bo w zasadzie łatwo jest zrobić muzykę trudną, pod prąd, która spodoba się i będzie doceniona przez buntowników. Znacznie trudniej jest zrobić materiał ładny, przeznaczony dla wszystkich, przebojowy, ale jednocześnie utrzymany na odpowiednim poziomie.

Amfiteatr w Mońkach - 22 sierpnia 2004Amfiteatr w Mońkach - 22 sierpnia 2004

Dużo się dzisiaj gra i słucha soulu, funky czy starego disco, zazwyczaj jednak wykorzystuje się przy nich brzmienia elektroniczne, albo wręcz komputery. Blenders pozostał "żywym" zespołem - czyżby sentyment do naturalnych brzmień?
B.: Używamy komputerów, ale są to tylko narzędzia, jak np. samochód. Wiadomo, że samochodem zajedziesz dalej niż zajdziesz piechotą i tak samo pójdziesz dalej w muzyce, używając komputera niż grając tylko na gitarze. Zestawienie loopów z normalną perkusją, czy w ogóle możliwość wygenerowania takich brzmień jakich wcześniej nigdy nie słyszeliśmy, są fascynującą przygodą. Ale nie chodzi przecież o wysługiwanie się komputerami, tylko o posługiwanie się nimi.
To tak jak w Hollywood. Jeżeli masz film do dupy i rewelacyjne efekty specjalne, to ostatecznie i tak masz film do dupy. To jest w ogóle śliski temat: gdzie kończy się człowiek, a gdzie zaczynają komputery. Natomiast rozsądne wykorzystanie komputera daje często efekty wspaniałe, np. połączenie brzmienia stuletniego kontrabasu z brzmieniem cyfrowym.
Jeśli o nas chodzi, to nie boimy się stosować brzmień "brzydkich"; na "Kucilandzie" możesz usłyszeć m.in. rozstrojone klawisze w "Student 102", jakie kiedyś stały w każdej świetlicy. Nie lubimy czystych brzmień, zawsze muszą pojawiać się jakieś konrtrapunkty.

Jak oceniacie wykorzystywanie internetu do promocji muzyki?
B.: Zależy, ale generalnie dobrze. Jakiś rok temu zrobiliśmy w internecie premierę singla, a oprócz tego udostępniliśmy wszystkie ślady utworu i każdy mógł zmiksować to jak chciał. Trzeba przyznać, że wyszło to całkiem nieźle. Tak naprawdę nie ma jednej odpowiedzi czy internet pomaga czy szkodzi muzyce.
Czy to dobrze, że ludzie mogą sobie ściągać za darmo piosenki i nie kupować płyt, czy źle? To jest trochę takie pytanie, jak np. w XIX wieku postawiono kwestię: prąd a wydajność w fabrykach szwalniczych. Tak czy inaczej jest to tak potężne medium, że nie można iść pod prąd.
Jest faktem, że muzycy tracą na tym finansowo, ale jest też faktem, że muzycy czują znacznie bliżej odbiorcy swojej muzyki. W każdym razie nie można odpowiedzieć jednoznacznie. Trzeba czekać jak to się wszystko rozwinie.

Amfiteatr w Mońkach - 22 sierpnia 2004Amfiteatr w Mońkach - 22 sierpnia 2004

Dość nowym zjawiskiem w polskiej rozrywce, jest korzystanie przez zespoły i wytwórnie fonograficzne z usług stylisty. Jak oceniacie zatrudnianie stylisty do opracowania wizerunku rynkowego jakiegoś zespołu lub wykonawcy?
B.: Jeśli o nas chodzi to nigdy nie mieliśmy takiego zamiaru i nie zamierzamy czegoś takiego robić. Gdyby ktoś przyszedł do nas i powiedział: "Dzień dobry, mam być waszym stylistą", to wymawiając "ą" byłby już za oknem. Zresztą ze stylistą jest trochę tak jak z producentem. Już przy pierwszej płycie, nasz ówczesny wydawca, Warner Music, kazał nam nagrywać z wyznaczonym przez siebie producentem. Powiedzieli to tylko raz i na szczęście więcej do tego tematu nie wracali. Ale nie zrozum nas źle. To nie jest tak, że my nie lubimy xińskiego, ale nie sądzę, żeby "x" wiedział lepiej niż my, o co nam chodzi w muzyce.
Oczywiście, że są wykonawcy, którzy nie wiedzą, co właściwie chcieliby osiągnąć i dla nich stylista czy producent będą zbawieniem. Ale wtedy będzie to produkt, a nie autorskie dzieło zespołu. Niektórym to nie przeszkadza, ale niestety zazwyczaj jest tak, że do wytwórni przychodzi zespół w pełni świadomy swojej muzyki i jej ostatecznego kształtu, a i tak narzuca mu się jakiegoś dziada z zewnątrz.
Polega to pewnie na tym, że jakiś decydent w firmie przeczytał artykuł, że jakaś tam gwiazda z Zachodu miała producenta, więc żeby być "profesjonalnym" też zatrudnia jakiegoś producenta. Nie mamy nic do producenta, ale pod warunkiem, ze sami go zaakceptujemy, albo przynajmniej wyprodukuje wcześniej z dziesięć płyt, które są dla nas rewelacyjne. Zresztą przy "Kucilandzie" mieliśmy kogoś w rodzaju producenta, ale tylko od brzmień bębnów. Zaufaliśmy Przemkowi Momotowi.

Amfiteatr w Mońkach - 22 sierpnia 2004Amfiteatr w Mońkach - 22 sierpnia 2004

A propos Przemka. Zarówno on, jak i nieżyjący już niestety Jacek Olter, byli muzykami związanymi ze sceną awangardową, a w każdym razie alternatywną. Dzięki współpracy Jacka z Groovekojadem i Przemka z wami, doszło jakby do połaczenia dwóch muzycznych wrażliwości. Co chcieliście przez to osiągnąć?
B.: Właśnie połączyć te dwie wrażliwości. My mamy jednak zmysł taneczny, można powiedzieć "komercyjny", natomiast Przemek eksperymentujący. On był jakby kontrapunktem dla nas, a my dla niego.

"Kuciland" jest więc w pewnym sensie superprodukcją - jeżeli nie w kwestii budżetu, to przynajmniej komfortu nagrań. Jak radzicie sobie na scenie?
B.: Po prostu wozimy ze sobą sprzęt, a nie chwaląc się, mamy chyba jeden z najlepszych sprzętów koncertowych w Polsce. Czasem wychodzą z tego zabawne historie, na przykład kiedy koncert obsługuje jakaś renomowana firma, której pracownicy, kiedy widzą nasz sprzęt w ogóle nie wiedzą, co mają z nim zrobić. Trzymają kable i nie wiedzą gdzie je wpiąć...
I w tym wszystkim nie chodzi o to, że jest to jakoś szczególnie drogi sprzęt - jest po prostu dobrze dopasowany do brzmienia jakie chcemy osiągnąć.

A tak generalnie, skąd Waszym zdaniem wzięła się tendencja "utanecznienia" dzisiejszej kultury?
B.: Po prostu w Polsce zaczyna rozwijać się wreszcie kultura klubowa. Kiedyś były w każdym większym mieście dwie knajpy studenckie na krzyż, a teraz całkiem niezłe kluby funkcjonują nawet w mniejszych miejscowościach. To oczywiście moda, ale fajna moda. Nie jesteś już skazany na słuchanie dobrej muzyki w domu, możesz iść do knajpy i bawić się przy niej. Poza tym bardzo dobrym zjawiskiem jest popularność DJ - ów.
Niby grają tylko z płyt, ale przecież każdy z nich dobiera płyty we właściwy tylko dla siebie sposób. To już nie jest tylko odtwarzanie, ale nowa muzyka. Inna rzecz, że zmieniły się w ogóle nastroje w kraju. Kiedyś młodzież pisała w nocy na murach np. "Komuna każe nam chodzić do szkoły", a teraz się bawią na naszych koncertach.

Wielkie dzięki z poświęcony czas.

fot. Jacek Karwacki

wstecz