|
Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY" (Część 11.)
Rozdział V - Malowane święta...Pająk chodził po sklepie z dumnie wypartą piersią, jak zwycięski łoś na bukowisku. Czuł się niepokonany, zdolny do stawienia czoła wszystkim przeszkodom. Gdy ludzie wyszli ze sklepu; najpierw Zosia a z nią Mikołaj, weszli na zaplecze. Kobieta z wypiekami na twarzy, ze sterczącymi piersiami nadchodziła wprost na niego. - Co, znowu chcesz dwa miliony!? A wiesz ile masz długu w kajecie! Pięć baniek! Gdzie te lisy, które obiecujesz od miesiąca? - Nie upolowałem, uciekają, chytre są. - Nie gadaj głupot! Mikołaj korzystając z tego, że napierała piersią, była bardzo blisko włożył palec za zapięcie biustonosza, szarpną tak, że się rozleciał na dwie połowy. Szorstką brodą przejechał po białych półkulach, aż syknęła z bólu i rozkoszy. Objął ją ciaśniej i wsadził rękę pod spódnicę, była już gotowa - poczuł pod palcami wilgoć, która zmoczyła bawełniane majtki. Zerwał jej jednym szarpnięciem i podwiną brzeg spódnicy. Ona poddała się biernie jego rękom, oparła się tylko mocniej o ścianę, założyła mu jedną nogę na biodro. On zaś rozpiął rozporek, namacał ręką otwór i pchnął. Sklepowa jęknęła, odchyliła się bardziej i potem tylko postękiwała, aby zakończyć przenikliwym miauczeniem. Mikołaj w ostatnim momencie wyszedł z niej - tryskając obficie, nasienie spryskało spódnicę. Potem, gdy otwierała mu drzwi na zapleczu do wyjścia, to pocałował ją w policzek - dobry gest przecież nic nie kosztuje. Zakład wprawdzie przegrała, ale mogła mu pieniędzy nie pożyczyć, pieniędzy tak mu potrzebnych na lekarstwo i składkę. Dobrze wiedział, że oprócz sklepowej, no i jeszcze doktora Rudzika, to mu nikt pieniędzy nie powierzy. Solennie obiecał Zosi, że od dziś skórki lisie bez jej wiedzy nie będą zmieniać miejsca pobytu. Zaś malowane święta od mistrza Albertusa, trzy przyszły na końcu, aż w wielką sobotę. I jakoś tak niespodziewanie. Jak na złość, a często tak bywa, że gdy czegoś mocno chcesz, to zdarza się co innego. Już w sobotę rano zaczął padać śnieg, pochłodniało, ostro dmuchał północny wiatr. Choć śpiewały ptaki w lasku, a właściwie to darły się tylko rzewnie sikory - bez ocieplanej kurtki nie dało się wyjść na podwórko. Wielkanoc, na którą tak długo czekał, powinna być piękna, słoneczna i ciepła. Sobota. Grób Chrystusowy prawie już pusty. Było pewne, że moc zmartwychwstała odwali głaz, zbirom pilnującym grobu oślepną oczy, polecą na zbity łeb. Już po domach rozniesiono malowanki, ludzie czytają laurki jego pomysłu, cieszą się; na stołach radują oko wypieczone bułki, torciki, różne przekładańce, w komorach pachną pęta kiełbas, dokładnie wydymionych w wędzarniach. Wszystko już było w wiejskiej chałupie pewne i radosne i nagle, nie wiadomo po co, ten chłód i śnieg dopada człowieka. Ba, nie dość było paskudnej pogody, to mu jeszcze zaświniła humor Wanda Maliszewska. Na swoim podwórku przekopała rowek i spuściła wodę, która zebrała się po zimie za jej domem - na jego zasianą pszenicę. Dalej odpływu nie było. Już nic nie dało się zrobić z ta wodą. Za jedną noc, najzwyczajniej w świecie, na polu powstało jeziorko, zakumkały żabki, nawet przeleciało kilka kaczek. I proszę, miast pszenicy, to hoduj karasie! A wydawałoby się, że to taka bogobojna kobieta! I zrobiła to jeszcze w Wielki Piątek, w dniu tak wzniosłym. Tyleż się czekało na jasne święto, na wielką nadzieję, na to, że ludzie będą trochę lepsi, a tu masz... Alberta zaczęło skręcać ze złości. Poszedł do chlewka, złapał za łopatę i już chciał biec do Wandy, aby walnąć metalowym kwadratem w jej tłustą dupę, rozłożystą, jak trzydrzwiowa szafa z lustrem. Ach, by przylgnęło klapnięcie, huk by poszedł, jak śpiew wiosenny cyruliczki - nowego ptaka głupoty. Pełne napięcia mięśnie, wdech powietrza do płuc i wymach trochę podkręcony: szszlooop!!! Wybije jej durnotę z głowy przez dupę, przywoła do porządku chę, chę, chę.... Ciekawe, czy będzie piszczała: iiiiiiiiii...., czy stękała: Aj - aj - aj... Zaraz sczerwienieje, jak kogut na studni i zacznie wyzywać. Nawet jest bardzo ciekaw, jakiego słownictwa użyje, czym wzbogaci nasz słowniczek obiegowy, tych: kur... mać, ch..., dur.... cham.... Maja jej dość wszyscy, ale nikt nie chce trącać durnej baby. On jeden w końcu przyłoży w jej karetowe pudło. Frajda stulecia! O czymś takim to pójdą kawały do dzieci i wnuków. No i Albertus, po takim uzasadnieniu swoich racji, nawet potrenowawszy wymachy łopatą - był już przygotowany na "wielki bój" z głupotą - chyba ciągle taka samą od tysięcy lat. Ogolił brodę, włożył lepszą kurtkę, dobrze przybił gwoździkiem metal do nowego trzonka, aby przypadkiem nie odpadł, jak siekiera Warzeckiej - znana sprawa w sądzie o mężobójstwo - no i na wszelki wypadek postanowił zajrzeć do Pisma Świętego (przyniesionego niedawno przez jahowitów) i zobaczyć, co ono rzecze na ten odwieczny temat. Aj - aj - aj - jaj! Jak otworzył Koheleta, kiedy się rozczytał, to mu kilka włosów osiwiało więcej. Panowie, to dopiero skarbnica ani się równać z nią - tej wystawionej w sklepie na prezydenta! Jakie tam rzeczy mądre, a pisane dwa tysiące lat temu. I ciągle nic, woda stojąca, jak jego jeziorko, fu - fu - fu..... Proszę, gdyby Wanda o tym wiedziała, gdyby przeczytała z tych mądrości choć jedną linijkę - to na pewno do niej i każdego z nas malowane święta przyszłyby jaśniej, czyściej i promienniej. Aż wstyd mu się zrobiło, że dopiero dzisiaj ten skarb odkrył. Teraz to już nie wiedział z czym ma iść do sąsiadki: z łopatą, czy też z Pismem Świętym. To na wszelki wypadek weźmie i to i to. Pani Wandzia na podwórku, w ciepłej kurtce, obwiązanej kablem elektrycznym łuszczyła fasolę, cięła sierpem badyle wiążąc w pączki. - Dzień dobry pani Wandziu - powiedział mając na twarzy trochę sztuczny uśmiech, łopatę zdjął z ramienia i postawił twardo u swoich nóg obutych w gumowe buty; Pismo Święte z kieszeni wystawało wyraźnie, prowokując błyszczącymi literami. Sąsiadka chyba wyczuła jego niezbyt jasne zamiary, bo przybrała szybko pozę obronną, ale owa gruba księga w jego kieszeni, trochę jakby się rozmiękczyła. Zanuciła głośno Święte Godzinki. - Czego chcesz - zapytała po chwili przerywając śpiew. - Jak to czego? Przyszedłem pomóc pani łuszczyć fasolę - uśmiechnął się - Z łopatą? Nie udawaj tu dobrej duszy, powiedz od razu, że przyszedłeś kłócić się za wodę - Nie zupełnie tak, pani Wandziu. Dziś Wielka Sobota, tego..... - Może już świadkiem Jehowy jesteś, chodzisz po domach z Pismem Świętym. - A co, nie mogę chodzić? A pani ostatnio czytała Biblię? - Nie czytałam i nie będę czytała. Wy w niej tylko szukacie dziur żeby ogłupić ludzi. Was trzeba do kadzi ze słomą i dobrze przypiec. - A panią nie!? Jak już pani tak wszystko chce wiedzieć - to owszem, miałem zamiar z panią drzeć się za wodę - gdyby nie ta święta księga.... Już nawet panią dzisiaj w tyłek naszturchałem łopatą, porządnie przełożyłem kilka razy... - To tak... Ach ty zbóju, widzisz go.... ! Ludzie ratunku! Zły człowiek przyszedł po mnie!... - Wanda nagle poderwała się z lamentem i zwinie jak jaszczurka wbiegła do domu, zasuwając za sobą drzwi. - No i czego babo krzyczysz? - Albertowi wykrzywiły się usta. Nie wiedział sam, co ma robić - zostać, czy uciekać? Ot i masz ci nauczkę! Dobrze, że chociaż ludzie mieszkają daleko. Jeszcze ktoś by pomyślał, że przyszedłem zgwałcić kobietę. Splunął. Ale jakoś odchodzić z podwórka z niczym, to tez mu się nie chciało. Coś tu musi nie grać - to niemożliwe, że by człowiek, z człowiekiem, mając dobre chęci nie mógł się dogadać. Chyba dobrze rzeczy nie przemyślał. Usiadł na ciepły jeszcze stołeczek i zaczął spokojnie łuszczyc fasolę, nicując na nowo dzisiejszy dzień. Przecież on tu dzisiaj przyszedł walczyć z durnotą i co? Odejdzie pokonany przez nią? Nigdy! Takiego postępku Zmartwychwstały nie przyjmie! Zawołał po jakimś czasie: - Pani Wandziu, czemu pani nie przychodzi? Niech się pani odezwie, chce powiedzieć coś ważnego. W końcu uchyliły się drzwi, a w szczelinie ukazała się głowa Wandzi: - Mów szybko czego chcesz, bo pójdę po policję. - Czy pani Wandzia bułek z rodzynkami napiekła? - Napiekłam, a co? - To niech mnie pani poczęstuje, pani zobaczy, cały garnek nałuszczonej fasoli - za to należy się zapłata. - Ja ciebie nie prosiłam, żebyś łuszczył! - Ale ja robię to sam, z dobrej woli. Jak pani mi nie da bułki z rodzynkami, to dalibóg będę siedział do wieczora. - Nie ma głupich. A łopatę po co trzymasz pod ręką? - Proszę! - Mancewicz z rozmachem odrzucił łopatę i przybrał łagodną minę. Po paru minutach w drzwiach ukazała się pani Wandzia niosąc talerz, na którym leżały dwie duże buły, podeszła na odległość kilku metrów i postawiła talerz na olchowy pieniek, sama na wszelki wypadek ustawiła się za studnią, aby zdążyć uciec w razie ataku sąsiada. Albert odetchną całą piersią: Na razie Chrystus Zmartwychwstał! Łamiąc rodzynkowe ciasto na drobne kawałki jadł je z apetytem. Spokojnie rozmawiał na temat rozlewiska, uznali je za wspólny kłopot. A odchodząc niezdecydowanie wyksztusił: - Irka nie przyjedzie na święta? - Nie. Gdzieś z bokserem pojechali do Wiednia - A już się pobrali? - Skąd tam! Potrzebny jej taki golec, on ma żonę, dzieci... Czemu się z nię nie żeniłeś? Dwa lata chodziliście ze sobą i nic. Co z ciebie za chłop. - Nie chciała. Albert westchną i powiódł oczyma po niebie z północy na południe. - Nie trzeba było robić takich rzeczy. - Może i nie. Miałem wtedy osiemnaście lat, byłem głupi. - W czym rzecz, to napiszę, aby wracała. Pola nasze razem leżą, ktoś je obcy obrabia, budynki się walą. - No właśnie... Albertowi jak taśma filmowa przesuwały się przed oczyma spotkania z Irką przy pasaniu krów, w szkole, na odpustowych zabawach. Łzy zakręciły mu się w oczach. Bąkną więc, aby coś rzec: - To niech pani napisze. Ale nie wierzył, że między nimi może kiedyś dojść do jakichkolwiek spotkań... cdn... Część I Część II Część III Część IV Część V Część VI Część VII Część VIII Część IXCzęść X Część IX Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy". Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495 E-mail: wiadlok@interia.pl |