|
Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY" (Część 12.)
Rozdział VI - Elza Małojko...Po wsi szybko rozniosła się wieść o śnieżnej sowie, która miała być spreparowana dla prezydenta - miała mu przynieść szczęście w wyborach, a która uciekła z rąk pijanego Czynga i Pająka. Mówili także, że Pająk rozeźlony, zbił do nieprzytomności żonę i córkę Anię. Przy tym każdy cos dokładał od siebie, tak, że opowieść z każdym dniem stawała się coraz bardziej bogata w szczegóły. Józek Więcek dowiedziawszy się o tym wydarzeniu spluną i odrzekł, że z pijakami nigdy nie warto robić żadnych interesów. Natomiast incydent sowi absolutnie nie zrobił żadnego wrażenia w domu Małojków. Elza wprawdzie przejęła się tym trochę, ale tylko dlatego, że do roboty w szklarni nie przyszła Handzia Pająkowa, która leżała w domu, a i poturbowana córka - nie mogła matki zastąpić. A pod szkłem przerastały pomidory i papryka, trzeba było szybko pikować. Takich sadystów, jak stary Pająk - twierdziła Elza - władze powinny izolować od rodziny. Za czasów carskich robiono im obozy na bagnach Biebrzy. Dziś Elza zeźliła się jeszcze i z tego powodu, że już od trzech tygodni córka nie przyjeżdża ze szkoły. Przed trzynastą miała przyjść pani doktorowa i też jej nie było. Ona już przygotowała kawę, ciasteczka z kremem i rodzynkami, koniak oraz otworzyła kawior, który niedawno kupiła u Rosjan. Myślała, że koleżanka pomoże jej przeżyć tak paskudnie rozpoczęty dzień. A tu masz ci! Doktorowa oznajmiła przez telefon, że ma kłopoty z synem; gdzieś narozrabiał i zatrzymała go policja. Dopytywała się, czy nie ma znajomego prokuratora. Obiecała przyjść za dwie godziny. Elza skrzywiła się. Doktorowa jest przyzwyczajona, by jej usługiwano. Powinna pójść do mojej matki. Ona ma dopiero talent do takich spraw. Ja mam swoich problemów do woli! Szła już wiosna, przez uchylone okno napływał do domu miły, polny zapach, a ona nosiła w środku jakiś niepokój. Złapała za kulę, wstała i spojrzała w okno. Zobaczyła parę idącą od przystanku autobusowego. Młodzi trzymali się za ręce. Żachnęła się, czyżby córka? A jakże, ona! Króciutkie, rude włosy, spódnica tyłka trochę zakrywa, dżinsowa kurteczka ze skórzanymi wstawkami i błyszczącymi klamerkami. A ze sobą prowadziła faceta, który miał wygoloną połowę głowy. Znowu skandal! Jeszcze nie przebrzmiały echa jazdy traktorem na goło - znowu coś nowego. Gdzie jest Wawrzyn!? Cholera, zawsze gdzieś się zapodzieje, jak jest potrzebny. Powinien nie wpuścić opryszka do domu, zakazać mu wstępu. W zdenerwowaniu zaczęła walić kulą o podłogę. A jak na to samo, z drugiego końca drogi zobaczyła jadący samochód doktorowej. Auto minęło parę i powoli przystanęło przed ich bramą wjazdową. Doktorowa z uśmiechem przyglądała się budzącej sensację parze. Na pewno poznała Celinę. Elza otworzyła drzwi i z trudem wydostała się na schody. - Dzień dobry, mamo! - obracając się na pięcie zawołała Celina. Weszła do ogrodu, wprowadzając za sobą młodzieńca o dość egzotycznym wyglądzie. - Oto mój chłopak! Kocham go, i on mnie kocha. - Szybka jesteś! To już drugi w tym miesiącu..... oczywiście z tych, co widzę. - Jak dobrze policzyłam, sprawiła się z sześcioma. - Celino, jak ty się odzywasz do matki!? - Mamusiu, pokazuję mamię po raz drugi zaświadczenie o mojej cnocie potwierdzone podpisem profesora ginekologii. - Wsadź gdzieś swoje zaświadczenie... Gdzie jest Wawrzyn? Ośmieszasz mnie i całą rodzinę! - Przepraszam, teraz biorę klucz od poddasza, idę tak z chłopakiem, proszę do nas nie wchodzić. - Dobrze, zaraz te życzenia przekażę ojcu - ściszając głos spojrzała na doktorową, która siedziała w samochodzie przy bramie, jakby zastanawiając się, czy wysiadać, czy odjechać. - Beato, czemu nie wysiadasz? Chodź do mnie, do mojego pokoju. Na policzkach Elzy wykwitły purpurowe rumieńce, ręce jej się trzęsły, dolna warga drgała spazmatycznie, ukazując zęby. W milczeniu weszła do pokoju, stół był przygotowany do przyjęcia gościa, stała butelka z koniakiem, kieliszki, tylko w filiżankach nai było kawy. - Przepraszam cię, siadaj. Ja muszę zadzwonić do męża. - Halo, to ty Wawrzyn? Zaraz przychodź do domu. Córka przyprowadziła jakiegoś ogoleńca i jeszcze matkę obraża. Beata wszystko słyszała, akurat jest u nas. Tak... tak... Córka jest tak samo twoja, jak i moja. W porządku.... Rzuciła słuchawkę na aparat. - Wyobraź sobie, mówi, że na razie nie ma czasu. Musi pilnować pomidory, bo przerastają... Przecież ja nie będę mogła spać całą noc. Może to jakiś terrorysta, ma jeszcze bombę w plecaku? - Elzo, takie czasy. Twoja córka to przynajmniej przyszła do własnego domu, a mój syn siedzi gdzieś w areszcie. Pojechał po niego mąż. - Ale jak ona mogła tak się do matki odezwać!? "Jak dobrze policzyłam..." Bezczelna! Jutro tego ogolonego walnę w łeb i wyrzucę z domu, a ją zamknę na tydzień pod klucz, nigdzie nie wypuszczę. Beata nalała do kieliszków koniaku, podała Elzie, która od razu wypiła wszystko, doktorowa swój, zaczęła powoli. - Nie wyrzucisz i nie zamkniesz - uspokajała Elzę. Facet się prześpi i sam pojedzie, może nie ma domu, rodziców. Przecież i ty szumiałaś za młodu i ja. - Ale nie tak! - Wszystko jest w miarę czasów. Pamiętasz Władka Nikosa, który chodził w damskich butach i żółtej kamizelce. Dziś jest dyrektorem zakładów perfumeryjnych. A z Lechem Więckiem, jak było!? Kiedyś z kolegami podwędził od świętego Stanisława skarbonkę i podczas odpustu zbierali datki, które potem przepili. Dziś kandyduje na prezydenta. W telewizji obok biskupów stoi! Elza wzięła z komody lusterko i przyłożyła do rozpalonych policzków: - Ale zrozum, ze Sławkiem, po tym traktorowym wybryku, już obgadywaliśmy kontrakt ślubny, mieliśmy nieść na zapowiedzi. A teraz znowu zaczną pyszczyć we wsi. Już wtedy mało nie poleciał ze stanowiska. Tylko zaświadczenie lekarskie i projekt małżeństwa go uratowały... W tym momencie stuknęły drzwi, zrobił się rumor w korytarzu. Do pokoju wbiegła z impetem Renata: - Mamo! Mamo! Do Pająków przy.... Elza zagrodziła jej dalszą drogę kulą: - Gdzie się pchasz w butach! Zobacz, ile błota nanosiłeś na dywan! Wróć mi zaraz i zdejmij buty, bo sznurem nakładę kiełbasek na pupie. Co się w tym domu wyrabia!? Cyrk przyjechał czy co? Renata zdjęła buty i usiadła matce na kolana. - Co takiego córeczko stało się u Pająków? - Mamusiu, bocian przyleciał do Pająków. Stoi w gnieździe na jednej nodze, bo druga chyba mu odmarzła. Głodny jest na pewno! Daj pieniędzy7 na cztery żabki. Pani Zosia na pewno ma w konserwach. - Cha - cha - cha - cha - cha..... Dziecko moje drogie, nie martw się o boćka, da sobie radę. Jak tylko słońce błyśnie, to całe stado żab zakumka w Biebrzy. Będzie miał wielkanocną wyżerkę....Boże, jak ty jesteś mokra......nogi, tyłek, wszystko....Żab szukałaś moje maleństwo? Matka przycisnęła córkę do piersi, całowała. Renata umościwszy się wygodnie zaczęła szeptać matce do ucha: - Pani Zosia, sklepowa, mówiła, że bociek jest zmęczony, bo przyniósł Karwowskim dziewczynkę. Naprawdę, widziałam sama, w gnieździe leży coś białego.... - Cha - cha - cha..... no już biegnij, dobrze obszukaj kąty na werandzie, może i nam co przyniósł. Renata w podskokach pobiegła do drzwi, ale zatrzymała się przy nich ze skrzywioną miną. - Co się stało? - zapytała matka - Wiem, że i tak mamusia nie da... - Co chcesz wziąć, mów szybko, nie marudź! - Dziewczynki ze szkoły przyniosły mamie "malowane święta" - laurkę wielkanocną i koszyczek z pisankami. Nie chcą wejść do domu, bo boją się mamy. - A co, ja wilk jestem? Weź wszystko od nich i postaw na szafce w korytarzu. Daj im za to stówkę. - Tylko stówkę!? One chcą za to miliona. Wszyscy na szkołę dają dużo pieniędzy! - Pokaż listę, sama zobaczą, kto ile dał. - Pani mówiła, żeby nie pokazywać nikomu listy, bo kogą nas okraść. Ale przysięgam mamie, że pan sołtys dal miliona, nawet pan Pająk dał prawie tyle, nie miał swoich, to pożyczył u pana Brzostowskiego. A pani Ela Małojko, da tylko stówę? Jak ja będę wyglądała? - Normalnie. Na prezydenta - dwa miliony, na szkołę milion, czy ja mam bank? Jesteś taka mądra, ty i twoja Zosia - idź do sklepu, wyjmijcie miliona ze skarbonki i dajcie na szkołę. - Ale skarbonka zaplombowana, brać z niej nie wolno. - Jak włożyłaś, to tak wyjmij, nic to mnie nie obchodzi. Stówę za koszyczek i stówę za laurkę, a jak nie to uciekaj. - Jak tak, to do mamy nie przyjdą "malowane święta". A koszyczek z jajkami zabiorę do swego pokoju i sama zjem wszystkie - tyle biedy.... A mamie, ooooo - Renata przez szczeliną uchylonych drzwi pokazała matce język. - Co - co - co..... Elza łapnęła za kulę, ale drzwi trzasnęły i na korytarzu zadudniły oddalające się kroki. - Jak widzisz, co jedna, to lepsza, nie wytrzymam, chyba zwariuję z takimi dziećmi. Lepiej wlej jeszcze po jednym kieliszku. W pokoju zapanowało milczenie. Błyszczały kryształowe kieliszki, wokół rozchodził się aromat kawy. Kula Elzy zastukała miarowo po parkiecie, gdy szła do kredensu po torcik z wiśniami, obie szukały gorączkowo jakiegoś tematu, który mógłby im poprawić nastrój. Uśmiechały się do siebie niezdecydowanie, jakby na coś czekały... Nagle porusza się klamka, drzwi głośno zaskrzypiały, szczelina w nich zaczęła się powiększać, a z niej wysunęła się najpierw raczka z laurką, a potem ukazała się twarz Renaty. - To tatuś kazał podać mamusi. I chciałabym przeprosić mamusię za brzydkie zachowanie. - W porządku... Czekaj, dam pieniądze... - Nie trzeba tatuś już dał. Drzwi znowu trzasnęły. Renata wyskoczyła na podwórko jak strzała, na ulicy czekała na nią rozhałasowana grupa rówieśników. Dzieci z krzykiem pobiegły na drugi koniec wsi. Doktorowa podeszła do okna. - Boże, zobacz, jakie one szczęśliwe i beztroskie. I my przecież byliśmy kiedyś tacy sami. Czy nie za często się do niech czepiamy, żądamy powagi...., zamiast się cieszyć, że są właśnie takie... Elza podniosła laurkę, rozwiązała i zaczęła czytać - najpierw po cichu, a potem rozbawiona głośno: "Ród Małojków, to ludzie interesu i szczęścia. Prawdopodobnie założycielem rodu był zakonnik, którego tu sprowadził z Litwy, w 1564 roku, bojar Chrebrowicz, do budowy kościoła. Urzeczony pięknością ziem nadbiebrzańskich zrzucił habit i ożenił się z dziewczyną o krwi, płynącej od Kumata - jednego z wodzów jaćwieskich. Z Małojków wywodzą się znani w okolicy bartnicy i kowale. Litawor Małojko w 1785 roku po raz pierwszy w kraju opisał wychów matek pszczelich oraz konstrukcję ula - leżaka. To Małojkowie prowadzili w dobrach Karola Bobrowskiego słynną miodostację. Ich geny, zmieszane z innymi zawsze tworzą szczęśliwe stada...." - No widzisz! - wykrzyknęła Beata i podbiegłszy do Elzy pocałowała ją w policzek - powiedz, jak wy to robicie? Elza stojąc oparta kolanem o krzesło, wycierała szczoteczką szklankę od kawy. Obracała ją na różne strony, podnosiła w górę, tarła szkło do idealnego połysku. - Co robimy? - No, mieszacie te geny. Ja wam z Wawrzyńcem zawsze zazdroszczę dobrze układającego się życia. Bo my z Alfonsem, ciągle się bodziemy, jak dwa nosorożce. Chyba go zostawię, już dłużej tak nie wytrzymam! Elzę wzruszyły słowa najlepszej koleżanki, szczere słowa, zaśmiała się. Już od dawna nie słyszała od ludzi, tak pochlebnych i sensownych ocen. Bo w drobiazgach codzienności, często giną rzeczy godne pochwały. - Najważniejsze, to umieć mężczyznę dobrze opróżnić, tak jak tę szklankę. Doszłam do wniosku, że życie jest bardzo proste: składa się z dwóch czynności -nalewania i opróżniania. I trzeba umieć ten ceremoniał pięknie wykonać! Przed kolejnym napełnieniem trzeba naczynie wyszorować do błysku, trzeć, aż stanie się gorące. Ponoć człowiekowi, natura dała więcej, niż trzeba, dlatego jest nieszczęśliwy. Musisz nauczyć się ograniczać. - Do dwóch ruchów - cha - cha - cha.... - Tak, do opróżniania i do napełniania. Wówczas w tobie zacznie płonąć ogień. Córka mówi, że kochałam sześciu facetów. Ma rację! Kochałam, bo ten ogień życia płonął we mnie silnie. Gdy przypomnę sobie pierwszą miłość; Waldek: Godzinami siedzieliśmy na skrzyżowaniu, wsparci o rowery i patrzyliśmy na siebie. Poza nim świata nie widziałam. Myślałam, że się nie rozłączymy. A potem taka tragedia......Beata, tylko nikomu nie mów, przy tamtej brzozie widziałam jego ducha, zagrodził mi drogę, gdy jechałam. Wyglądał przerażająco, ciągnął mnie na brzozę. Nie wiem, jak i kiedy, wylądowałam w rowie. Beata wytarła łzy chusteczką. Woda w kuchni gwizdała w czajniku Beata wstała, poszła, by zalać kawę. Długo nie wracała. Przyszła z przygotowaną kawą. - Elzo, czy przychodził do ciebie brat? Zbierają srebro dla prezydenta. - Jakie srebro? Przecież sowę mu szykowali. - Uciekła, nie słyszałaś? A teraz zbierają datki na srebrną podkowę. Radecki ma ją usztukować, robi formę. Chcą ją nawet na tydzień przybić do końskiego kopyta, żeby przyniosła Lechowi szczęście. - Ja tam nie chcę słyszeć o żadnej polityce, jak ktoś przyjdzie to wygonię. Polityka to dżuma, pół rodu Więcków za nią wyginęło. Ojciec miał również takie ciągoty. Ale zostawił po sobie i porządne rzeczy: popatrz na kredensy, komody, drzwi mozaikowe; to przecież jego robota....A ty, co ima dałaś? - Obrączka, wszyscy coś dają... - Głupia! Jak sowę wypuścili, to podkowę, koń zje zobaczysz. Lech prezydentem!? Koniec świata! Nieuk i tyle. Ja już szybciej zostanę papieżem, niż on wejdzie do Belwederu. Zdaję się - tylko zawodówkę elektryczną ukończył... Dom Małojków, jeden z najpiękniejszych w całej wsi, stał obok głównej drogi prowadzącej do Kniaźnina, trochę dalej od pozostałych zabudowań. Cały pomalowany na biało w werandami, balkonikami. Ogromne obejście, nowa obora, stodoła, piwnice. Od domu, aż do asfaltowej drogi ciągną się duży staw rybny, ogrodzony siatką i kolczastym drutem. Za ogrodzeniem biegał potężny pies. Z drugiej strony - od północy, błyszczały w słońcu cztery szklarnie, wybudowane jedna obok drugiej. Na razie były użytkowane trzy; na ogórki, pomidory i kwiaty, a czwarta - najobszerniejsza, była przygotowana pod hodowlę róż. Dalej ciągnęły się hektary czarnej porzeczki. Pewien naukowiec z Rosji mieszkający aż na Sacholinie trafił nad Biebrzą idąc szlakiem wojennym wspomnień rodziny. Na tutejszych bagnach, w 1941 roku, jego stryjek Igor Bierukow budował schrony wojenne. Tu zakochał się w Małojko, siostrze Wawrzyńca, potem zginą w łagrach niemieckich. Właśnie Oleg Bierukow będąc w Biebrzanych zapoznał się przypadkowo z Wawrzyńcem Małojko. Zainteresowała go nowa odmiana porzeczki bardzo plenna i dobrze tu rosnąca pod nazwą Ben Alder. Postanowili razem robić interesy. Podczas jednej z wizyt Elza obwożąc gościa po terenie uległa nieszczęśliwemu wypadkowi. Samochód roztrzaskał się w rowie, Elzie odjęto nogę, ale profesorowi nic się nie stało, nie miał nawet zadraśnięcia, po prostu w momencie zderzenia, wyleciał przez okno na miękką trawę pobocza. A jak doszło do tego wypadku, to dokładnie nikt nie wiedział. Dopiero dzisiaj Elza uchyliła przed Beatą rąbek tajemnicy... cdn... Część I Część II Część III Część IV Część V Część VI Część VII Część VIII Część IXCzęść X Część IXa href="biebrz11.html">Część IX Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy". Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495 E-mail: wiadlok@interia.pl |