Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY"

fot. K. Pochodowicz

Rozdział I - Pogrzeb.
Część 2.

- Tak ci się synku zdaje. Nieraz już nowa zieleń wyrastała, a potem wpadał jakiś parach...
- Teraz tak nie będzie!
- Daj Boże... Przygotowałam ci czarny garnitur w jodełkę i lakierki.
Matka chodziła po podwórku już ubrana w czarna suknię, zgrabnie uszyty żakiecik z pluszowym kołnierzykiem, chusteczka tiulowa wdzięcznie otaczała szyję. Zauważył czerń umalowanych brwi.
- "Dobrze, że chociaż pomadki nie używała" - pomyślał z niechęcią i drwiną, których nie usiłował nawet ukryć. Matka najlepiej czuła się w sytuacjach, kiedy była potrzebna jej interwencja - łatwo godziła zwaśnione rodziny, szybko łączyła pary, miała chody u prokuratorów i sędziów; jak komuś groziła odsiadka, to zaraz szedł do niej. Ona i Kamlińska Magda - dwie takie służalki były we wsi. Magda odprawiała ludzi w zaświaty - miała ciała, śpiewała na pogrzebach, wozili ja do stryjka w Jedłowie, bo wszyscy bali się samobójcy.
A matka sortowała żywych. Ach, jak dobrze się czuła w tłumie, gdy mogła tam przewodzić. A w domu nie było komu robić. Nawet kwiaty on musiał podlewać, bo by pozasychały. A teraz rozkazuje, jak mama się ubrać - "Ubierz garnitur w jodełkę i lakierki". Co będzie chciał to ubierze, ciągle ma słuchać rozkazów, być pachołkiem w domu, może ma jeszcze zostać jej kochankiem. Powiedziała, że ma ja prowadzić pod rękę za trumną. Czterdziestka się zbliża, najwyższy czas od mamusinego fartuszka się oderwać, założyć własną rodzinę. Czuł, że dnia dzisiejszego musi się coś w jego życiu zmienić, zmienić na trwałe, tak jakby pogrzeb stryjka stał się linią odgraniczającą go od dni poprzednich.

Wyszedł za stodołę, rozpiął rozporek, srebrzysto- żółtawy strumień spadał na trawę, a on jeszcze raz popatrzył na wodę Biebrzy. Już dawno takiej nie było, przeogromna wodna przestrzeń. I znowu od jutra zapowiadają deszcze, wody znów przybędzie. Ogromna tarcza jaskrawego słońca, wisiała nad wodnym lustrem, odbijała się w nim, raziła w oczy, niebo było jasne, czyste, kwiliły czajki, dzikie gęsi jakby nanizane na sznury ciągnęły na wschód krzyczały donośnie żurawie.
Piękny pogrzeb będzie miał stryjek, przyroda, też sprzymierzyła się z nami. Mówili, że zażyczył sobie, aby odwieziono jego trumnę do kościoła łodziami, tak, jak to bywało w takich wsiach dawniej, kiedy rzeka z wiosną zalewała drogi. W najdrobniejszych szczegółach spisał, gdzie mają zakopać trumnę, kogo zaprosić na stypę, z ilu ona ma się składać dań. Przygotował jeszcze za życia sto świec z pszczelego wosku. Może i pogodę gdzieś tam zamówił. Jakby jego ostatni list był umową tajemną z nieznanym przedsiębiorcą na kontrakt śmiertelny.

fot. K. Pochodowicz

Teraz został on najpierwszym Więckim i ma on przewodzić. Może i matka miała racje mówiąc, żeby ubrał najlepszy garnitur, na nim to przecież będą zaczepione oczy wszystkich, krewnych i obcych zebranych na pogrzebie. Poczuł na sobie ciężar niezwykłej odpowiedzialności, która na niego tak nagle spadła. Zaś matka tak spokojnie wszystko przyjmowała, była jak gąbka, wchłaniała w siebie ogromny ból i nic po niej nie było widać. I ciągle była piękna, pomimo swoich sześćdziesięciu pięciu lat. Takich kobiet dziś nie ma.
Niełatwo mu będzie znaleźć żonę, oderwać się od tej wszechwładczej osobności. A poza tym jego przyszła pni od łoża powinna być wysoka, zdrowa, mieć duże mleczne piersi i dać mu sześciu Więcków, bo już ich ród zwyradnia się, cherlaczeje, we wsi zaczyna brać górę drobnica Małojkowa, a ich krwi i Małojków nigdy się nie da zlać do jednego garnuszka, bo jak nie wybuchnie, to się zwarzy. Przykład siostry jest dobitny: syn półgłupek, starsza córka bezwstydnica, a najmłodsza (nie wiadomo czyje to dziecko) rośnie też na jakąś buntowniczkę. Jego żona, jak to bywało często u Więcków powinna być innego wyznania lub narodowości. Gdy przodkowie mieszali krew, to cała rodzina tętniła życiem, a płyn stojący najczęściej śmierdzi.

Zajechali z matką do Jedłowa o godzinie dziewiątej. Już się zebrała część rodziny, przychodzili sąsiedzi, znajomi. W dobry czas przybyli, matka i tu miała rację. Defilowała przed zgromadzonymi jak hrabini, wszyscy na nią patrzyli.. Na rzece stał rząd łodzi przybranych zielenią świerków, czekali wioślarze. Józef szedł dumnie obok matki, trochę się denerwował, bo gdy dobrze obejrzał twarze przybyłych, to niewielu znalazł krewnych, rodzina jakby się wstydziła samobójczej, "brzytwowej" śmierci najwspanialszego kuzyna, jak widać dal niektórych było to szokujące i niewytłumaczalne zdarzenie.
Nie przyjechał też rodzony brat, biskup, rzekomo miał ważną konferencję. Z dzieci był obecny tylko gospodarz domu (drugi syn - zakonnik nawracał Indonezyjczyków na chrześcijaństwo), córka znów wyjechała do Berlina w interesach; nie mogli jej zlokalizować - nie doszedł telegram. Nie było też trzeciego syna - Lecha z Gdańska, to najbardziej martwiło Józefa, umawiali się przecież specjalnie przez telefon, mieli omówić z miejscową władzą jej rolę, przy kandydowaniu Lecha na prezydenta. Jak przewidywał nie pojawił się też "niekuzyn" Małojko.
Co to za nazwisko Małojko cha... cha... cha....Wysłał syna, który - przywiódł matkę - inwalidkę, siedziała w samochodzie, nie wychodziła, wstydziła się chyba swoich kul pokazywać ludziom. Przechodząc obok z twarzą pełną spokoju, rozwagi i dumy nie ukłonił się im, udał, że nie widzi.

fot. K. Pochodowicz

Trumna okryta stosami wieńców stała w głównym pokoju obszernej drewnianej chaty. Szyja zmarłego obłożona była watą, przykrytą robiona na szydełku serwetką. Po bokach w metalowych lichtarzach paliły się wysokie świece. Przy katafalku stały kobiety i paru starszych mężczyzn, młodsi łączyli się w grupki pod domem, na dziedzińcu i przy drodze prowadzącej do rzeki, której woda od południa podchodziła aż pod same obory, a od północy sięgała hen, hen do lasu.
Na rzece pływały gęsi, kaczki i łabędzie; grupka dzieci, łamiąc bułkę karmiła przy brzegu panią łabędzicę, a dla dorodnego samca trzeba było rzucać skorynki na sam środek rzeki - obrazek jak z makietki. Oczekiwanie się wydłużało, ponieważ wciąż nie było syna zmarłego z Gdańska, nie wypadało wynosić trumny z domu od nieobecność najważniejszej osoby, zresztą, takie było polecenie samego Józefa. Józef, przechadzając się nerwowo pomiędzy grupkami ludzi, nagle zwrócił uwagę na młodą kobietę - piersistą, wysoka blondynkę, z długim warkoczem.
Co za unikalna biebrzanka, mu nie znana, pojawiła się na pogrzebie? To, że nie jest od Więcków i Małojków, to pewne. Wzdrygną się, jakiś prąd przeleciał mu po ciele, o takiej kobiecie przecież dziś myślał, a tu jakby mu ją stryjek zamówił razem ze świecami, lichtarzami i łodziami.
cdn...
Część I

Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy".
Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495
E-mail: wiadlok@interia.pl

wstecz