Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY"

fot. K. Pochodowicz

Rozdział I - Pogrzeb.
Część 3.

Wzdrygnął się, jakiś prąd przeleciał mu po ciele, o takiej kobiecie przecież dziś myślał, a tu jakby mu ją stryjek zamówił razem ze świecami, lichtarzami i łodziami.
Osoba nieznajomej dręczyła niesłychanie, zaczęło mu się robić gorąco, podszedł do matki i schylił się do jej ucha:
- Mamo, co to za blondynka w dziwnym kapelusiku, tam, stoi przy pani Łosiowej?
- To żona dawnego sekretarza partii, Lebiedzińska Zina
- Jaka piękna!
- wybuchnął, nie ukrywając wzruszenia. Spotkali się oczyma z matką, która o dziwo zaakceptowała stan jego uczuć, może dlatego, że zawsze intuicyjnie szła za pięknem, była jego niewolnicą.
- I jak młodo wygląda, jak licealistka - to już dodał, żeby podrażnić matkę.

Począł iść w stronę głównej drogi wiodącej do wsi, gdyż tam nagle pojawiły się dwa czarne samochody, gnały szybko, na pewno Lech spieszył z Gdańska. Dzieci biegły w tamta stronę, a on szedł za nimi. Nareszcie jest! Jest ktoś bliski jego sercu! Lecz będzie robił Nowy Świat solidarny w Gdańsku a on tu nad Biebrzą, która przez Wisłę jest przecież z Gdańskiem połączona. Samochody wjechały na podwórko, aż pod sam dom, widać że się spieszyły.
Z czarnej długiej limuzyny wysiadła najpierw żona Lecha, potem on sam i dzieci, z drugiego samochodu wyszło dwóch wojskowych z wiankiem i dwóch nieznanych cywilów. Józef z wyciągniętymi ramionami i radosną twarzą szedł na powitanie gościa. Lech również miał na twarzy uśmiech. Objęli się, pocałowali, Józef głośno składał kondolencje, padały chaotycznie ciepłe słowa. Ale obydwaj czuli, że tu nie chodzi o śmierć, której już się nie da zawrócić, ale o życie, które musi się toczyć dalej, bo takie jest koło alfabetu człowieczego, i to życie musi coraz lepiej się toczyć - a to już alfabet koła Więcków.
Gdy Lech z wiankiem poszedł do domu, Józef, przechodząc obok Ziny, dłużej zatrzymał na niej wzrok ona chyba czuła szczególnie spojrzenie gospodarza pogrzebu, bo nerwowo miętosiła torebkę.
On zaś podszedł do matki:
- Mamo, czy Zina ma dzieci?
- Nie, są bezdzietni?
- Ile lat bezdzietni?
- Nie wiem, a ty co się nią tak przejąłeś?
Nic nie odpowiadał. Pasuje mi - ucieszył się - miał już jakiś znak pewny, że mu ją stryjek "sprowadził". Taki "materiał" nie może się marnować.
- Widziała mama Lecha, jaki wytworny i elegancki? - nagle zmienił temat
- Co miałam nie widzieć, nie jestem ślepa - matka zdenerwował się, widząc, że zrobił unik.
- Mamo, niech mama weźmie świece przygotowane przez stryjka i rozda ludziom, proszę rozdać wszystkie sto sztuk.
- Po co aż tyle? Połowę zawieziemy na cmentarz.
- Rozdaj wszystkie, tak życzył zmarły. Mówię chyba wyraźnie!? Niech mama rozdaje kobietom, a ja poniosę mężczyznom. Podając trzeba mówić: "Światło jest życiem".

(61kB)

Podwórko gospodarskie Wacława Więcka było obszerne, ciągnęło się aż do głównej drogi za wsią, ogrodzone było ze wszystkich stron sztachetami. Przez otwarta na oścież bramę wciąż wjeżdżały samochody zatrzymując się kolejno przy plocie. Ku zdziwieniu Józefa już cała posesja zapełniła się autami. Przyjechał z Kniaźnina burmistrz z przewodniczącym Rady Miejskiej Rudzikiem z kilkoma pracownikami, przyjechali pracownicy banku, widział szmochód straży pożarnej i karetkę pogotowia, którą przybyli lekarze. Sporo było młodzieży szkolnej z nauczycielami, poprzywozili wianki.
Poznal też pracowników policji. Tłum rósł, sporo ludzi dojechało rowerami, motorami, furmankami i traktorami. Wszyscy chcieli zobaczyć unikalny kondukt żałobny na łodziach. Pierś Józefa rozpierała radość: o takim właśnie pogrzebie myślał - swojskim, bliskim ziemi i wody. W takim otoczeniu człowiek jakby nie umiera, a tylko na chwilę przymyka oczy, by zaraz na powrót wprzęgnąć się w wilki kołowrót przyrody.
Teraz właśnie uświadomił sobie, że wielu przyszło na pogrzeb również i po to, aby zobaczyć na własne oczy Lecha, przyszłego ich wodza. To tu, nad biebrzańską miał się cementować przyszły Nowy Świat. Józef z pokorą malującą się na twarzy chodził od osoby do osoby wręczając każdemu świece ze słowami: "Światło jest życiem". I taką sama otrzymywał odpowiedź. Ludzie zapalili świece, podwórko zapaliło się maleńkimi ognikami i zapachem woskowego dymu.

Długi szpaler drzew: głogów, jesionów, brzóz, lip ciągnął się obok drogi podwórzowej, dalej stały sprzęty rolnicze w idealnym porządku, leżały równo, okorowane żerdzie, stosy pęczków z chrustu, bieliły się pod ścianami łaszty porąbanego drewna, garbiły się dwa stożki polan, jeden przy chlewni, drugi przy stodole. Matka zaczęła rozdawać świece właśnie od podwórka i szła w stronę rzeki, brama była otwarta na oścież, a tuż za nią zaczynało się rozlewisko, Biebrza płynęła, jak ogromne morze.
Zauważył, że matka dawała też świece mężczyznom i dzieciom. Natychmiast powiódł oczyma w poszukiwaniu Ziny zaraz, zaraz, gdzie ona jest, pragną osobiście jej wręczyć płonący "znak życia". Jest! Stała nadal przy Zosi Łosiowej. I dopiero teraz przypomniał sobie, że przecież kiedyś poznał jej męża - pili razem wódkę w gminie - szary, nijaki, niepokaźny facet. Poszedł w jej stronę.
Najpierw podał świecę pani Zosi, a potem ze szczególnym szacunkiem skłonił się przed Ziną:
- Światło jest życiem.
- Światło jest życiem
- odrzekła.
Zatrzymał się przy niej:
- Mam przyjemność z panią Lebiedzińską, prawda?
- Tak, słucham.
- Wie pani, kiedyś poznałem pani męża, mam do niego pewną sprawę. - Proszę w takim razie nas odwiedzić. - Dziękuję za zaproszenie
- mówiąc te słowa patrzył jej prosto w oczy, ona odwzajemniła spojrzenie z całą bezceremonialnością.

(60kB)

I wtedy właśnie coś mignęło w jej oczach, zaraz schowanych pod długimi, drżącymi rzęsami, coś, co pozwoliło mu pomyśleć, że pierwszy krok został zrobiony i to wcale nie najgorszy krok. Czując mrowienie na plecach odstąpił, uśmiechną się do niej, odwrócił i ........ zobaczył przed sobą Lecha:
- Co, spotkamy się dziś w Kniaźninie?
- Nie.
- Nie? Dlaczego? Zarząd miasta i gminy koniecznie chce się z tobą widzieć. Musimy omówić sprawy związane z wyborami.
- Proszę, pozdrów przedstawicieli władzy ode mnie. Niestety zaraz musze być w Warszawie. Powiedz, że spotkamy się na wiecu w lecie, stąd zaczniemy kampanię wyborczą.
- To wielki zaszczyt dla nas. Jest to pewne?
- Sto procent.

Podali sobie dłonie, uściskali się gorąco.
Nagle Lech zaszeptał mu do ucha:
- Niech ta na razie zostanie miedzy nami: musicie wesprzeć kampanię finansowo, ale delikatnie, bez żadnego rozgłosu.
- Ile trzeba?
- Dwieście baniek. Taka jest miarka przyjęta na gminę.
Józef z namysłem przygryzł wargi:
- Jeżeli tyle trzeba, to będzie.
- To żegnam. Na pogrzebie zostanie żona, proszę zaopiekujcie się nią.

Siedząc już z matką w samochodzie Józef znów wrócił do tematu, intrygującego, go szczególnie mocno:
- Zina jest prawosławna?
- A co, ja ją chrzciłam? -
burknęła matka
Może i miała rację. Dziś jest uroczystość pogrzebowa, a nie schadzka. W milczeniu uruchomił silnik i dodał gazu.

Jadąc, spoglądał na panoramę rzeczną, której widok był chyba jedyny. Po Biebrzy płynął kondukt żałobny na łodziach, okrytych wieńcami. Migotliwe płomyczki świec odbijały się w wodzie.
Unikalna wieś jego stryjka oddalała się coraz bardziej. Wieś drewniana, choć już kryta blachą, eternitem. Nad budynkami pięły się w górę ogromne lipy, jesiony. Prawie od każdej posesji wkładała się deska aż na wodę, w której kobiety prały bieliznę, szorowały garnki, myły denka. Prawdziwa wyspa, wyspa bajkowa, zatrzymana w czasie. A od niej w różne strony odjeżdżały rowery, traktory, motocykle.
Samochody wiozły inżynierów, doktorów, nauczycieli, burmistrza. I może prezydenta? Jaka szkoda, że nie przyjechał na pogrzeb biskup, tu przecież jego gniazdo! Lech to mógłby pobyć z godzinę dłużej, oni tam nigdy nie maja czasu. Za to jak przyjedzie latem na wiec, to nie wypuścimy go stąd przez parę dni.
Józef czuł w sobie ogromną siłę, siłę zdolną góry przewracać, wzbierała ona w nim razem z nadzieją na bliskie zmiany...
cdn...
Część I Część II

Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy".
Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495
E-mail: wiadlok@interia.pl

wstecz