Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY"
(Część 4.)

fot. K. Pochodowicz

Rozdział II - Kołpaki.

Na czwarty dzień po pogrzebie stryja Józefa wybrał się do Kniaźnina. Zajechał wcześnie, bo chciał zdążyć przed ósmą - zastać w domu doktora Rudzika, nim ten pójdzie do przychodni lekarskiej. Doktor pełnił funkcję Przewodniczącego Miejsko - Gminnej Rady.
Długo trzymał przycisk dzwonka w bramie, nikt mu nie otwierał, tylko dwa duże psy biegały za ogrodzeniem, skakały na żelazne pręty. Przed drzwiami na ławce leżała myśliwska kurtka i rybackie buty. W końcu na werandzie ukazał się doktor w piżamie, stał i, przecierając oczy, wołał do siebie rozwścieczone charty.
- Co cię tak wcześnie przyniosło?
- Wcześnie? Już po siódmej.
- Ojejku, tak późno!?
- Konrad, podchodząc do bramy, szukał zegarka na ręku - rzeczywiście. Ciągle jeszcze śpię, zero kontaktu z otoczeniem. Jeździliśmy wczoraj na dzika, a potem piliśmy do rana.
- Czy mogę na chwilę do doktora?
- Ale tylko na chwilę, nie mogę się spóźnić do gabinetu.
- Doktor będzie się ubierał, a ja powiem o co chodzi.

Po wejściu Józefa usiadł na stoliku w korytarzu. Zaraz zapytał:
- Czy mamy jakieś materiały obciążające Lebiedzińskiego?
- Właściwie nie mamy nic. Za mała to była persona, tylko pół roku sekretarzował w partii. Obecnie jest na rencie, maluje Świętych cerkiewnych.
- Nie lekceważy rzeczy małych i pozornie nieistotnych. Wszyscy oni dziś jakby się skurczyli, ale kto miał najlepsze posady i najwięcej pieniędzy, kto najlepsze działki w mieście wykupił za marne grosze. I najurodziwsze kobiety tez pozabierali sobie. Tak się rozrastała i wznosiła do góry ta czerwona wieża babel.
Usunięcie u góry kilku notabli wcale nie załatwia sprawy. Nikt nie ma tu zamiaru robić rzezi, ale dobra, które bezpowrotnie zagarnęli należy odebrać i podzielić na nowo, inaczej w oczach ludzi będziemy mało wiarygodni, podniesie się szum i wrócimy do tego, co mieliśmy.
- Może tak i trzeba -
uśmiechnął się doktor.
- Oczywiście! Przecież każdy kundel musi okazać skruchę, aby go nowy pan zechciał wziąć na łańcuch. Dlatego myślę, że powinniśmy zorganizować pewną pokazówkę.
- Jaką?
- W świąteczny dzień zbierzemy na rynku tłum ludzi, na trybunie usiądzie, tak jak kiedyś siadywało, trzynastu "zadżumionych", w wysokich czerwonych kołpakach na głowie, na plecy włożą żółte kamizelki, takie jakie mają drogownicy, których się widzi z daleka.
Będzie to swego rodzaju teatr jarmarczny. W postacie pokutników wcielą się aktorzy, ale nazwiska będą prawdziwe. W czasie trwania pokazu powinni ujawnić swoje grzechy. Przedstawienie ma uzmysłowić ludziom śmierć starego i tryumf nowego świata.
W tym komplecie pokutniczym widziałbym również Wiktora Lebiedzińskiego.

Pan doktor znów się uśmiechną, widać było, że spodobał mu się pomysł kolegi.
- Miałbym tylko parą uwag.
- Słucham pana doktora.
- W przedstawieniu powinni brać również udział sędziowie, którzy zawyrokowali, kto i kiedy może powrócić do normalnego życia. Zwrot zagrabionego majątku powinien się odbywać zgodnie z prawem. I jeszcze jedno. Co zarzucasz Lebiedzińskiemu?
- Z najlepszej w mieście działki wywłaszczono Mikuckiego i za psie pieniądze sprzedano ją sekretarzowi. A mówiąc między nami; czy jego małżeństwo jest taka czystą sprawą?

Ponowny uśmiech na twarzy doktora uświadomił Józefowi, że właśnie się zdradził ze swymi uczuciami - dodał więc zaraz:
- Tak samo było z działkami Kuźmickich, Gabrela, Prokopów...
- Pokażemy materiały naszym prawnikom, a szczegóły omówimy na najbliższym posiedzeniu zarządu. A z tym "teatrem" to ciekawy pomysł.

Józef wstał:
- Niech to na razie zostanie między nami doktorze - Lech powiedział, że trzeba mu na wybory 200 milionów z naszej gminy.
- Dwieście milionów! Co on zgłupiał? Skąd my taką kwotę weźmiemy?
- Weźmiemy. Musimy wziąć, jak chcemy wygrać wybory. Potem te pieniądze zaprocentują stokroć. Połowę powinienem zebrać na swojej wsi. Są tacy u nas, co nie odmówią, nie mogą odmówić. "Kiełbaska" - handlarz wódką, a mój szwagier Małojko, za darmo prawie hektar pokrył szkłem - po pięćdziesiątce się strzęsną - już ja ich czułe punkty znam.
- Skoro tak mówisz... A na kiedy jest potrzebna cała suma?
- Na sierpień. Wtedy przyjedzie Lech i stąd zaczniemy zwycięski pochód naszego prezydenta.

Doktor wyciągną rękę na pożegnanie, widać, że spieszył się naprawdę. Tylko ten zagadkowy uśmieszek na ustach, który pojawił się, kiedy on wspominał o Zinie. Jest ginekologiem, niewykluczone, że ją leczył. Być może nie tylko leczył...Może i za dużo powiedział temu człowiekowi. Przecież on zamiast wziąć się do roboty solidarnościowej, to włóczy się ze strzelbą, pije wódkę, podrywa babki.
Jemu, Józefowi, też się coś od życia należy. Jeszcze dziś pójdzie do Ziny. Musi z nią porozmawiać.

Piękny dom Lubiedzińskich stał na rogu ulic przy samym rynku. Budynek z ostrym, spadzistym dachem, nad schodami kolumny, wyżej weranda. Stolarka starannie wykończona, masywna, robiona na zamówienie. Wokoło porządek. Chodniczki wyłożone kolorowymi płytkami, drzewka równo obcięte, na bliznach widać nałożoną pastę żywiczną.
Dach i wszystkie najmniejsze obróbki z blachy były pomalowane na niebiesko antykorozyjna farbą. Ozdobne ogrodzenie posesji wykonano z kutego żelaza. Kosztowało to właściciela...
Ciekawe skąd wziął tyle pieniędzy...? Za "wielką kałużą" przecież nie był, w Niemczech też nie. Takich domów niewiele stało w mieście. Prawie wszystkie, to pudełka siporeksowe otynkowane nakrapianką.
Przejechał obok willi kilka razy, potem pojechał do urzędu sprawdzić, czy Zina jest w pracy. Tam powiedzieli, że jej nie ma - wzięła urlop. Coś mu mówiło, że na pewno jest sama w domu. Będzie dzisiaj miała szczególny dzień, a taki dzień to jeszcze jeden dobry przyjaciel.
Staną pod drzwiami, zadzwonił. Usłyszał czyjeś lekkie kroki, zrobiło mu się gorąco, czuł jak na policzki wypełza mu ceglasty rumieniec. Pomimo swoich trzydziestu siedmiu lat ciągle czerwienił się jak nastolatek. Łucznik się przekręcił, otworzyły się drzwi. Nareszcie Zina stała przed nim jeszcze piękniejsza, niż zapamiętał ją z pogrzebu stryja.
- Ach, to pan, proszę niech pan wejdzie.
"Nawet cherubini o doskonałych ciałach, na pewnym etapie rozwoju przechodzą przez okres anatomii kobiecej" - na jej widok przyszła mu na myśl maksyma doktora Rudzika, powtarzana przez niego ciągle. Ech, ten doktorek! Jak kiedykolwiek miał coś wspólnego z Zina to mu tego nie daruje. Wobec niej zaś, nie będzie skrywał swoich uczuć.
- Jest pani sama?
- Tak.
- A gdzie jest mąż?
- W Judaszkach, wyjechał z wędkami o świcie.
- Nie wie pani, kiedy wróci?
- Nad wieczór. A może jutro, często nocuje u rodziców. Pan ma jakąś sprawę do niego? - Tak, ale właściwie to mogę powiedzieć i pani. - Proszę, niech pan przejdzie do pokoju, zdejmie kurtkę, w domu jest gorąco... Mama, postaw wodę na gaz! Wypijemy kawę, prawda?
- Chyba tak... tak... tak...
- Józef nagle stracił całą euforię, która mu dotychczas towarzyszyła. Może to głos matki Ziny tak mu zepsuł nastrój. A miała być sama...

Siedział milcząc, a Zina przygotowywała stół do kawowej ceremonii. Wycierała ściereczką szklanki, łyżeczki, podstawki, tarła je, oglądała pod światło i znów glansowała. Przy tych czynnościach cudownie uwidaczniała się jej szczupła talia i obfite piersi. Raz po raz odrzucała na plecy opadającą kaskadę blond loków. Zdawało mu się, że każda komórka jej ciała promieniuje, roztaczając kobiecy zapach o natężeniu takim silnym jak zapach jaśminu.
Józefowi przeszły po ciele ciarki. Jednocześnie dręczyło go, żeby nie zepsuć nastroju. Jak postąpić, aby ten pokój nie był świadkiem jego Waterloo. Przed oczyma przesuwały mu się obrazy romansów z różnymi kobietami. Romansów zawsze pechowych. Ciekawe dlaczego...? Czyżby wina leżała w nim samym? Zerknął na Zinę, potem przeniósł wzrok na obrazy wiszące na ścienie. Długo trwające milczenie zaniepokoiło panią domu:
- Pamiętamy o długu, którego nie spłaciliśmy pana stryjowi, człowiekowi samej dobroci. On uratował życie mojemu ojcu z narażeniem swojego. Obowiązek wdzięczności i pamięci ciąży na całej naszej rodzinie.
- Dziękuję za życzliwe słowa, matka opowiadała mi o tym.

Zina już parzyła kawę, aromat zapełnił cały pokój.
- Pani Zino, kto malował nadstolne obrazy?
- Mąż
- odrzekła krótko, chyba z dumą. To go zirytowało. Aby ukryć zdenerwowanie wstał i podszedł bliżej ściany. Czemu tak dał się zaskoczyć, przecież doktor mówił mu, że dawny sekretarzyk maluje obraz świętych cerkiewskich. Popełnił oczywisty błąd okazując zaskoczenie. Napoleon tego by nie zrobił. Trochę się pozbierał chłodząc, pewność siebie wracała mu szybko. Postacie aniołów wzorowane były na Zinie - nie ulegało wątpliwości. Usta natomiast malarz zawęził do niewielkich kresek.
- Czemu aniołowie mają tak wąziutkie usta?
- Mąż twierdzi, że są to duchy bezcielesne, maja bezustny alfabet.

Zaskoczyła go ta logiczna odpowiedź. Facet okazuje się nie taki głupi, jak mu się zdawało. Chyba zbyt uproszczoną definicję stosują do "odpływającej fali". Łatwo może nastąpić przypływ. Ale Zina mogłaby przynajmniej przestać używać tego "mąż" i "mąż", chyba nie zapomniała jeszcze istoty gry. Namiętnie wbił w nią oczy. Napoleon czy bezradnik, zaraz się okaże!...
cdn...
Część I Część II Część III

Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy".
Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495
E-mail: wiadlok@interia.pl

wstecz