Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY"
(Część 5.)

fot. K. Pochodowicz

Rozdział II - Kołpaki.

Namiętnie wbił w nią oczy. Napoleon czy bezradnik, zaraz się okaże!
- Czemu pan tak dziwnie na mnie patrzy?
- Sam biust bez ust, może to i piękne!

Zina się zarumieniła. Dobrze, właśnie o taką kobiecą reakcję mu chodziło. Teraz już bezczelnie obmacywał wzrokiem jej talię, piersi, przeniósł oczy na uda widniejące pod lekkim materiałem.
- Cha...cha...cha... pan jest poetą - roześmiała się Zina.
Józef się skrzywił, jej reakcja ubodła go trochę. Nie jest łatwo pechowcowi ślizgać się po lodzie, za ciężki nosi bagaż, jak mu się uda ująć jedną cegłę to wyrośnie dwie następne. Wrócił za stół i splótł dłonie na szklance z kawą:
- Przepraszam, że zmienię tak interesujący temat, trochę się spieszę - Józef już wyobraził okularową postać Lebiedzińskiego na "kołpakowej" scenie: człowiek skurczony siedzi na krześle, a kołpak nad nim okazale kraśnieje.
- Doszła wieść do władz, że państwo są w posiadaniu działki, którą bezprawnie zabrano Mikuckiemu.
- Przepraszam, ale my... mój mąż raczej kupił ją od skarbu państwa, zapłacił tyle, na ile była wyceniona.
- Wyceniona! Nie przesadzajmy: środek miasta, rogowa działka. Dziś jej wartość jest stukrotna. W taki sposób rozdano dziesiątki nieruchomości nazywając to wywłaszczeniem lub zamianą. Dziś posiadacze nie poczuwają się do żadnej winy, bo zapłacili ile im "kazano".
A gdzie zwykła ludzka przyzwoitość i sprawiedliwość!? Właśnie, solidarność nowa władz przygotowuje pokazowy proces publiczny, gdzie po jednej stronie zasiądą symboliczni winowajcy, a po drugiej ich sędziowie. Pani męża też planuje się włączyć do tej publicznej pokuty.

Zinaida zaczęła nerwowo przebierać frędzelki obrusa, bielutkiego obrusa, który okrywał gościnny stół. Palce jej drżały, publiczny pręgierz to straszliwa broń. Józef z grzeczności podniósł oczy na jej portret wiszący naprzeciwko, na którym trzymała ona w bielutkich rączkach biebrzański storczyk. Orchis militaris - zapamiętał łacińską nazwę tego kwiatu z egzaminu na Akademii Rolniczej.
Storczyki były właśnie konikiem profesora, nad Biebrzą ponoć ich rosło 16 gatunków i wszystkie wyglądały prześlicznie, jak choćby tan w rękach Ziny, tak teraz drżących przy oskubywaniu frędzelków. "Więckowanie" - ten termin jakoś tak samoistnie utworzony, zaczął mu natrętnie brzęczeć w uszach. Ogromny szum przy machaniu skrzydłami, a wzlot niski.
Tak było zawsze, tak chyba będzie i dziś.
- Niech nam pan pomoże - szepnęła błagalnie Zina, gdy zbierał się do odejścia.
- Właśnie o tym chciałem mówić z pani mężem - ucieszył się z jej pokory.
Wziął ją za rękę. Boże! Jaka mięciutka rączka, giętka i zmysłowa o aksamitnej skórze. A jak znacząco odwzajemniła jego uścisk. Zwycięstwo... Był zaskoczony, chyba za łatwo przyszło.
- Dla pani zrobię wszystko, co w mojej mocy. Jak już pani zdążyła się przekonać - to powinność Więcków.
Wracając do Biebrzan miał jasną wizję swojej przyszłości życia - jak nigdy dotąd.
Jeszcze w okresie młodzieńczym był zakochany do nieprzytomności w swojej siostrze Elizie. Z zazdrością wjechał kiedyś z nią motocyklem do rzeki. Potem uczył się w szkole lotniczej w Dęblinie. Gdy zmarł ojciec w jednym dniu zostawił naukę i wrócił do wsi na gospodarstwo. Znalazł dziewczynę, długo z nią chodził, ale dziwny przypadek zniechęcił go do kobiet na długie dziesięć lat.

Pewnego razu był w kinie. Przed filmem wyświetlono impresję filmową, której bohaterką była dziewczyna w bieli spacerująca kwietnymi alejkami. W połowie filmu zdarzyła się awaria, światło zgasło. Zniecierpliwieni ludzie ruszyli tłumnie do wyjścia. Czuł przed sobą wiercenie się jakiejś młodej szczupłej osóbki. Ocierała się o niego, złapała za rękę. Nie odezwała się ani słowem, czuł tylko piżmowy, podniecający zapach perfum.
Wtedy on zaczął szukać rękoma jej ud, gorączkowo obmacywał pośladki i jędrne piersi. I o zgrozo! Kiedy jego ręka namacała owłosione krocze nieznajomej, poczuła tam męskie jądra. Przerażony wyszarpną dłoń. I wtedy usłyszał głos:
- Czego pan tam szuka?
- Skarbów - odpowiedział.
- Skarbów!? No to pan znalazł. Cha... Cha... Cha...
- zatańczył obok chichoczący głos - głos typowo męski, drwiący z niego bezlitośnie. Zginęła gdzieś "Chopinowska Madonna" a została Madonna z ........ jądrami. Co się dzieje? Drżąc wyjął zapałki, zapalał jedna po drugiej - oglądał twarze przesuwające się obok niego, ale nigdzie nie widać było żadnych dziewczyn. Tylko w uszach dzwonił mu szyderczy, prześmieszny chichot: cha... cha... cha...cha... Nieczysta siła?
Od tamtej pory Józef poczuł wstręt do kobiet, zajął się gospodarstwem, pobudował nowy dom, budynki gospodarcze. Zdobył tytuł inżyniera na studiach rolniczych, kupił zagraniczny samochód. I ciągle na coś czekał.....
Po powrocie z Kniźnina do domu Józek ciągle był zadowolony i podekscytowany. Szybko się przebrał, włożył gumowe buty. Poszedł do obory napoić i nakarmić krowy. Walił siano widłami z rosztu po całej kopicy. Uprawa zbóż jest mało efektywna. Najbardziej chyba opłaca się specjalizować w mleku - ma sześć hektarów dobrych łąk, większość zmeliorowana, ciągną się od zagrody aż do Biebrzy - trawa rośnie dobrze.

Gdy wyganiał krowy do studni, niespodziewanie skoczyła na niego Łośka, bydłowała, kopytem skaleczyła ramię. Walną ją ze złością dwa razy kołem, aż myknęła, stęknęła. Trzeba by było prowadzić ją do buhaja.
Myjąc ręce przy korycie popatrzył dziś na rozlewiska z trwogą; po tygodniu wody nie ubyło ani trochę. Dłuższe ulewy mogłyby już zaszkodzić trawie. Nagle zobaczył na tafli wodnej poruszający się kształt. Co to mogło być? Wyszedł za chlewnię na pagórek - chyba Pająk płyną łodzią w stronę wsi.
Czego on właściwie szwęda się po rozlewiskach, teraz ryb nie ma, nie zlokalizujesz na takiej przestrzeni. Płyną od strony lasów. Może alkohol albo papierosy przewozi od Żagałówki. A może łapie bobry i wydry? Utrzymuje też niejasne kontakty z "Kiełbasą". Mógłby dać choć skórkę bobrową na kampanię prezydencką.
- Mamo! - zawołał po powrocie do domu - mama nie wie, czego ciągle Pająk pływa za las?
- Mówili, że w czwartek skórę łosia stamtąd przytarabanił.
- Ja ci zaraz dam skóry
- mrukną do siebie. Począł wkładać pantofle, lepszą marynarkę, aby wyglądać ładniej, poważniej, a nie drelichowo i gumowo, jak kłusownik. Zmienił kurtkę pobrudzoną na plecach krowim obornikiem.
- Mamo, niech mama zaprowadzi Łośkę do byka, mnie przygniotło żebro, nie mogę chodzić - trochę kłamał.
- Co! Mam prowadzić krowę po bykach, ja, stara baba!? Coś ty oszalał!
- Mama ma więcej czasu, zawsze tak elegancko wygląda...
- Cos ty taki zgryźliwy, Zina chyba odmówiła. Potrzebny jej chłop z wioski...
- A właśnie, że nie odmówiła. Jak mama chce wiedzieć, to już wkrótce przyprowadzę ja do domu, umieszczę w głównym pokoju, a mama przejdzie do kuchni.
- Ojojojojoj! Co się z tobą porobiło synku! Całkiem zwariowałeś! Biegasz za mężatkami, jakby nie było wolnych dziewcząt. Chyba już woda zaleje Biebrzany, jak ty sprowadzisz Zinę do swoich apartamentów! Sprowadzaj, ja oddam cały dom, sama pójdę do Małojków - do córki.

Gdy Mikołaj Pająk dopłyną do brzegu, Józef wyszedł na drogę chcąc sprawdzić, co on wiezie w łodzi. Nie potrzebował wcale żadnych pretekstów, bo gdy tylko pająk go zobaczył, zaraz sam go zaczął wołać, wyglądał jak zawsze, na odrobinę podciętego.
- Czego ty ciągle pływasz do lasu, teraz nie ma grzybów, jagód, ryba siedzi głęboko po kryjówkach.
- Nieważne
- Pająk machną ręką wyciągając łódź, zataczał się nogi mu grzęzły. A w łodzi nic nie miał.
- Józek - odezwał się po chwili.
- Co?
- Bardzo szanuję twojego brata, Lecha. Słyszałem, że przyjedzie do nas na wiec wyborczy. Prawda?
- Prawda. A skąd wiesz?
- "Mama" już zbiera do skarbonki pieniądze na festyn wiecowy.
- Bardzo dobrze, nich zbiera. Przydadzą się. A ty już dałeś?
- Nie dałem. Ale dam, na pewno dam. Ja mu szykuję pewna rzecz, o której nikomu w gminie nawet się nie śni.
- A co to takiego będzie?
Na dnie łodzi leżała jakaś polana, szmaty, wody naszło po kostki, na skrzynce leżała plastikowa peleryna - na pewno coś nią okręcał. Józef z Pająkiem chwycili za łańcuch, aby łódź ściągnąć na łąkę.
- Wiesz co ja szykuję dla naszego prezydenta?... Orła.
- Orła? Jakiego orła?
- Prawdziwego orła złapię. Tylko ciiiii.... Nas biebrzan łączy wspólna krew, jak biebrzańska woda ona przez nas płynie. Najpierw się rozlewa szeroko, a potem płynie Wisłą do Gdańska.
- A jak ty go złapiesz? Tu orły przelatują?
- Wiem, gdzie jest gniazdo bielika. Widziałem go nawet dziś o świcie; ptaszysko ogromne, dwa i pół metra z rozpiętymi skrzydłami. A nasze godło przecież!
- No, ale jak to orła.......?
- Józef był tam tak zaskoczony, że nie wiedział, co odpowiedzieć. To byłoby naprawdę oryginalne dać Lechowi na spotkaniu prawdziwego orła, choć sam zamiar dość ryzykowny. Pająk wyczuł jego wątpliwości:
- Prezydentowi biebrzańskiemu można poświęcić godłowego ptaka, nie będzie grzechu. Nie Józefie...
- Ja wiem, tego.... ale jak? Może sowę złapać, to herb Więcków?
- W tym moja głowa. Pająk wypić - wypije, ale za swoje. I swoje zrobi. Józefie, daj rękę. Lech musi zwyciężyć. My biebrzańcy.....Nas nie zmógł ani car, ani nie zniszczyły obozy i łagry. Wracamy tu jak ta woda. Ja tez chcę, żeby moja trumna płynęła na wieczne odpoczynek, tak, jak twego stryjka.

Pająk chwycił rękę Józefa jak obcęgami i zaczął ściskać...
cdn...
Część I Część II Część III Część IV

Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy".
Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495
E-mail: wiadlok@interia.pl

wstecz