Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY"
(Część 6.)

fot. K. Pochodowicz

Rozdział II - Kołpaki.

- To pani mówi bzdury! Ja płacę i pani musi mi dać. Pani jest już stara jak moja mama, nie rozumie, że my, to znaczy nasza szkoła, musimy wygrać konkurs na najładniejszą pisanką...Czemu pani Zosia - jeśli mogę wiedzieć - tak długo marudzi? Sklepowa wzięła słuchawkę telefonu i połączyła się z domem Małojków. Usłyszawszy czyjś głos poprosiła do telefonu Elizę - matkę Renaty, ktoś tam poszedł ją wołać. Renata w tym czasie oglądała czasopisma na stoisku. Zobaczywszy okładka z półnagimi dziewczynami postawiła stołeczek bliżej regału i zaczęła je przeglądać. - Ej tam! Stop - stop -stop! Zejdz ,to nie dla ciebie obrazki! W słuchawce odezwał się głos Elzy i Zosia zaczęła jej opowiadać o zakupach córki. Renata w tym momencie schowała jedno z czasopism za plecy i przesuwała się między regałami w stronę drzwi. Zosia próbowała zajść jej drogę, ale widząc, że nie dosięgnie - kabel za krótki - pogroziła dziewczynce pięścią. - Dobrze, dobrze... - mówiła do słuchawki - mam dać tylko dwadzieścia jajek, a dwa miliony ma córka przynieść do domu. Rozumiem. Odłożywszy słuchawkę podeszła z groźną miną do Renaty wciśniętej plecami w kąt - dziewczynka z niewinną minką podniosła oczy do góry. - A co mama mówiła? - Żeby ci w dupę nalać. O0ddaj mi zaraz czasopismo! Za smarkata jesteś do takich rzeczy. Wyrwała z rąk Renaty czasopismo i zamachnęła się nim groźnie. - Niech mnie pani tylko ruszy! Ja jestem Renata Małojko! - O, ho, ho ho ...- hrabia Małojko! Widzisz ty ją!? A w majtki jeszcze na pewno siusiasz. - Cicho! - sklepowa groźnie tupnęła nogą zabrzęczały wiadra - ja ci zaraz wypiorę. Jak ty rozmawiasz ze starszymi!? Odrosła jak króliczy ogon, a jak pyskuje. Nie dam ani jajeczka takiej mądrali! Rzuciła czasopismo, które prześlizgnąwszy się po blacie lady spadło na podłogę. - Ja bardzo panią Zosię przepraszam, już nie będę, tak mi przykro, że pani nagadałam. Tak wszyscy dobrze mówią o pani, nawet nazywają mamą, ja też tak o pani mówię... - No widzisz. Jak chcesz to potrafisz być grzeczna. Daj ten koszyk. A te pieniądze oddaj mamie.

Sklepowa, już udobruchana, wkładała jajka do koszyka, a Renata z pieniędzmi w garści podeszła do skarbonki. - Dużo już pani mama uzbierała pieniędzy na prezydenta? - Mało. - A mogę zajrzeć do środka? - Możesz. Renata znowu wzięła stołek, wskoczyła na niego, poczuła się rozluźniona i wesoła: - A ja wiem jak się bawią mężczyźni z kobietami! Ja to wszystko wiem! Celina pokazywała mi zdjęcia, nawet z Murzynem! - Nie za wcześnie ty to wszystko wiesz? Renata wcisnąwszy oko w szczelinę skarbonki pokiwała głową: - O, mamma maja! Jak mało! A moja mama dała? - Nie - To proszę, te pieniądze niech będą od mamy. - Renata zaczęła na siłę wsadzać zwitek banknotów, był on gruby, nie chciał wchodzić do otworu. - Co ty wyprawiasz? Pani Zosia rzuciła się w stronę Renaty, pieniądze sterczały ze szczeliny, można je było wyciągnąć, ale gdy sklepowa była przy skarbonce, dziewczynka zeskoczyła ze stołka, błyskawicznie podbiegła do lady, złapała za koszyk z jajkami, zgarnęła z posadzki czasopismo i tylko po niej zostało klepnięcie drzwiowe. Pani Zosia nie spiesząc się wyszła na próg. Rozchełstana dziewczyna biegła środkiem ulicy, jak biebrzańska wiosna, leciało za nią poklepywanie butów o asfalt. Pokiwała głową, nie miała zamiaru jej zawracać, no bo i jak? Nawet chyba dobrze, że tak się stało. Elzie będzie wstyd żądać rozbijania skarbonki, żeby zabrać pieniądze. Powie przed nią prawdę jak było, najwyżej Renata dostanie kilka razy w tyłek. - Ech ta wiosna! - westchnęła Zosia. Jakaś ogromna uciecha rozlała się po jej ciele - nie wyginą biebrzańcy, a będą się rozmnażać, cha- cha- cha... nawet z Murzynami! Wielka szkoda, że nie ma tu Albertusa, na pewno gdzieś łazi po bagnach. Przydałaby się piosenka o Murzynie, wielkanocnych jajkach i wiośnie. Weszła do sklepu, wepchnęła do środka sterczące w otworze skarbonkowym banknoty, i poszła telefonować jeszcze raz do domu Małojków. O czasopiśmie nie powie Elzie, córka na pewno dobrze je schowa. A wiosna do wszystkich domów, obór, stodół, różnych schowków i ludzkich oczu, uszu pchała się w całej strojności. Cietrzewie rankami skakały do góry, łaziły brzuchami po łąkach, namawiały partnerki do miłości. Od nieustannego gulgotania świata mgielny aż się wywracał do góry dnem. Nawoływanie lecących gęsi wchodziło do domów nawet przez zamknięte okna, nocne niebo nie mogło usnąć od nieustannych gęgań. Klucze gęgowych, białoczelnych, zbożowych zdążały na północ, czasem przesiadywały na rozlanej wodzie, aby odpocząć i posilić się. Czajki - przewrotki kołysząc się nad ziemią, pobłyskiwały białymi brzuszkami, wyglądały jak huśtaweczki wiszące w powietrzu na czarnych guziczkach. Żuraw, ten książę bagienny stał dostojnie i donośnym głosem obwieszczał rozpoczęcie roków godowych. Aż do pięciu wiorst leciały jego obwieszczenia, że on i jego bracia skrzydlaci, znów tu są na ziemi swoich ojców i matek, i ziemię tę biorą w posiadanie na okres lęgów. Podniebny błękit był nieustannie falowany helikopterowym lotem czapli. O złodziejskiej naturze tego ptaka wiedzieli wszyscy. Ta nasza czaplunia najmniejszą rybkę wypatrzy spod nieba, niech tylko wysadzi nosek przy brzegu, to zaraz, chap! I nie ma... Gdy śnieg zejdzie, to ta pannica już jest, stoi na kępie, czatując na zdobycz. Nie raz i nie dwa powybierała karpiki ze stawu Małojków, Brzostowskich, komu tylko mogła. I zawsze się pojawia, jak nikogo nie ma w domu. Czuje to jakimś szóstym zmysłem. Niektórzy żartowali, że ostatnio wybrała węgorze z lady chłodniczej w sklepie pani Zosi. Tak buszował wiosna na ogromnym bagiennym dole. A w górze, trochę dalej, na łagodnej skarpie, ciągnęła się długa wieś Biebrzany. Wieś Więcków, Brzostowskich, Małojków, Łosiów, Pająków, Kamlińskich... I wieś poety Albertusa. Wieś pięknych willi: pani Elzy, sołtysa, Olka Kulbackiego. Też wieś Karola Bobrowskiego, z unikalnym pomnikiem wielkiej miłości hrabiego do Cecylii Remiszewskiej. I wieś jahowity Falickiego, Czynga - wyznawcy proroka Mahometa i gajowego Borejki - starowierca, przeciwnika patriarchy Nikona. I wieś pana prezydenta Lecha Więcka. Jej początki sięgały jeszcze piętnastego wieku, kiedy to znany bojar litewski Chrebrowicz otrzymał od króla we władanie część dzikich ziem. Do karczowania puszcz i zakładania osad sprowadzał osadników od Grodna, Nowogródka. Osiedlali się tu też Litwini, tubylcze plemiona Jaćwingów, drobra szlachta mazowiecka. Późniejszy właściciel tych dóbr hrabia Karol Bobrowski namówił do pracy w hucie szkła i żelaza dobrych rzemieślników z Prus, Anglii i centralnej Polski. Na skraju wsi, na najwyższym miejscu stał szesnastowieczny kościół z jedną wieżą, który budowano w oparciu o wzorce wschodniej architektury sakralnej. Budowla ta była widoczna z daleka. Potem, w okresie ludowładczym, postawiono dużą szkołę, ośrodek zdrowia, zlewnię mleka, magazyn kółka rolniczego. Zlewnia mleka i magazyny rolnicze stały w tzw. Dzielnicy lebiedzińskiej - po drugiej stronie rzeki, która dopływała do Biebrzy. W tym czasie wieś zaczęła się wyludniać. Młodzież i energiczniejsi rolnicy wyjeżdżali do miast, zostawiając bez opieki ubogie ziemie i walące się budynki. Był to czas wielkich zmian, mieszania się i sortowania "klocków", a jego symbolem stał się we wsi przystanek PKS- u, z którego ludzie odjeżdżali do miejskiego raju. Ziemia stała się niczyją, nikt jej nie chciał, a niektórzy nawet się wstydzili. Czasami solidarne na nowo wzburzyły ludzką wyobraźnię, jak wiosenne wody bagienną Biebrzę. Wiosna. Każdy mieszkaniec nadbiebrzańskiej krainy spoglądał z wysoka na ubywającą wodę, na zieleniejąca trawę, na wysychające pola i zaczynał układać swoje myśli od początku. Czuł, że stoi przed ogromnym wyzwaniem, przed drzwiami - zamkniętymi od tej pory, stoi z workiem pełnym malutkich klocków, z których trzeba będzie samemu budować nowy świat? A Ania Pająk pisała do swojego brata Maćka, do Niemiec: "Drogi braciszku, przyjeżdżaj do nas, do Biebrzan, jak najszybciej. Trzeba ziemię obrabiać, kupować nowy traktor, bo stary pod śniegiem całkiem się połamał, a jeszcze pękł blok silnika, bo tatuś był pijany i zapomniał spuścić na noc wodę - nie będzie czym zaorać i zasadzić pola. Dwa tygodnie temu padła też nasza "Maronia", po nocy zachodzimy, a ona leży w dole z nogami sterczącymi jak kołki, brzuch jej się rozparł - dwa razy się taki zrobił jak był, w łymieniu też ze dwa wiadra mleka było. My z mama płakałyśmy dwa dni. Teraz nie mamy mleka, nie mamy co jeść, kury tylko po dwa jajka dziennie znoszą. Mama chodzi pomagać do Małojków do cieplarni, zarobi chociaż na chleb. Przyszlij ze sto marek na mleko. Już godzina dwunasta, a ja jeszcze nic nie jadłam, lodówka burczy głośno, bo pusta, a mnie brzuch się skręca. Tatuś wciąż pije, już wszystko co lepsze powynosił z domu, prawie przez dzień bije mamę. I ja dostaję, jak wstawię się za mamą, mam sińce na całym ciele. Drogi braciszku przyjeżdżaj, pomóż nam, co tak długo będziesz dla Niemców pracował! Postawimy cieplarnię, jak u Małojków, wykopiemy staw, założymy zakład krawiecki - ja w tym roku kończę kurs. A wiesz, Ala Kulbacka jaką kurtkę kupiła!? Z błyszczącymi sprzączkami! Mówiła, że mi pożyczy na zabawę, będziemy robić tańce, jak post się skończy. Nasza paczka przygotowuje salę, naprawiliśmy podłogę. Czekamy na Ciebie. A jak Fred Kamiński ładnie tańczy disco - polo, żebyś zobaczył!
cdn...
Część I Część II Część III Część IV Część V

Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy".
Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495
E-mail: wiadlok@interia.pl

wstecz