Mikołaj Samojlik
"BIEBRZAŃCY"

(16kB)

Rozdział I - Pogrzeb.

Nad ogromną doliną Biebrzy stał wielki, okazały dom zbudowany z pustaków, otynkowany nakrapianka, pokryty ocynkowana blachą. Podpiwniczenie całego domostwa było z ciosanych kamieni, których kiedyś na polach rolnika leżało sporo, teraz znalazły właściwe zastosowanie.
Budynki inwentarskie znajdujące się na podwórzu były obszerne, budowane z cegły, siporeksów i kamieni - drewna, gliny, słomy - nigdzie ani śladu.
Była to zagroda Józefa Więcka, którego ród wywodził się z przyjezdnych, jakich to hrabia Karol Bobrowski - znany w okolicy reformator gospodarczy i społeczny sprowadził do swej huty z Prus, jako znawców kunsztu wytopu żelaza.
Dziś właśnie Józef Więcek wybierał się na uroczystość żałobną, a mianowicie na pogrzeb swojego stryja Wacława Więcka. Uroczystość była tym bardziej przykra i smutna dla rodziny, że stryj popełnił samobójstwo.
Nikt z krewnych się nie spodziewał takiego postępku po człowieku bogobojnym, spokojnym, pracowitym i lubianym powszechnie w okolicy.

Józef przy studni mył samochód. Woda leciała ze szlaucha grubym strumieniem, zbyt grubym, jak na potrzebę zmycia kurzu, czasami w ogóle nie trafiła na karoserię mercedesa. On zaś chyba dzisiaj po raz pierwszy w życiu zastanawiał się nad sobą i nad losem człowieczym, często jakże marnym.
Dziwna rzecz, przy takich rozmyślaniach, czuł jak nigdy dotąd łączność z całym rodem Więcków - tak to bywa, że tragedia zbliża do siebie rodzinę nawet, jeżeli jej członkowie rozsiani są po całym kraju.
Rozlewiska Biebrzy w tym roku sięgały zagród, a po drugiej stronie daleko niebieszczyła się ściana świerkowo - sosnowa boru.
Jak okiem sięgnąć ciągnęła się tafla wodna z wyrastającymi z niej pojedynczymi drzewami, krzakami łoz, zakrętami trzcinowisk. Widać było pływające łabędzie, stada dzikich gęsi i kaczek.
Śpiewały skowronki. Wieśniało na całym bożym świecie. Nadchodził czas nowego życia a tu trzeba przeżywać taka tragedię... Od pokoleń życie Więcków szło do góry, wzdymało się aby w pewnym momencie zapisać tragiczną kartę jednemu z członków rodu.
Myśli Józefa zeszły na inny tor, uzmysłowił on sobie jedno - utwierdził się wręcz w przekonaniu, że czas rządów ludowładczych zniszczył jakis głębszy pokład zycia psychicznego ludzi. Po tych wszystkich wiecach, piosenkach, zebraniach, oklaskach - jak po wodzie Biebrzy został muł, wyrwy, naniesieliska, na których nic nie mogło wyrosnąć.

Mówili, że stryj podciął sobie gardło brzytwą, ponieważ bał się tajniaków ścigających go za sfałszowanie dokumentów o swoim pobycie w łagrach sowieckich. Owy strach na początku go jątrzył, potem stał się obsesją, a w końcu pomieszał rozum i doprowadził do niechlubnego końca.
A przecież stryj był dwa lata w łagrach, to było oczywiste dla każdego, dostarczył zeznania świadków, jak mu kazano, innych dowodów nie miał, kazano mu coś podpisać - podpisał, nawet nie czytał, co. Przez ileś lat miał rentę zbowidowską, potem się okazało, że jego poświadczenia są nieważne. Stryj był honorowy, zresztą Więckowie nigdy nie byli w sądach i nikogo nie pozywali, we wsi było to zajęcie dla Małojków.
Ogłupianie ludzi, charakterystyczne dla poprzedniego systemu było bardzo wygodne. Zastraszano ich także. Każdy miał w sobie i musiał nosić brud prawdziwy bądź wyimaginowany, który czynił człowieka pokornym i milczącym. I wszystko w majestacie prawa...
Zaczęły Józefowi drżeć ręce, na stuknięcie drzwi wzdrygnął się. Właśnie wyszła matka. Dobrze, że jest obok niego. Jakże jej zazdrościł spokoju, umiejętności ułożenia na miejscu wszystkich problemów.
- Mamo - odezwał się
- Co synku?
- Czemu stryjek tak straszną śmierć sobie zadał?
- Widocznie taki los był mu pisany
- Jestem ciekaw, kto takie losy ludziom rozpisuje!?
- Ani ja, ani nawet najmądrzejsi ludzie tego nie wiedzą
- Mamo, mama we wszystkim odwołuje się do prawd tajemniczych i niewiadomych, ja zaś mieszkam nad Biebrzą i chcę wiedzieć dokładnie, kto za czym stoi. Te czerwone pająki tak omotały Polskę i ludzi, że stryj nawet nie mógł po człowieczemu umrzeć. A nasz tatuś czemu odszedł nie w porę? Szybko mama o pewnych rzeczach zapomina!
Nadchodzi nasz czas, niektórych lizawców musimy naznaczyć, żeby każdy wiedział, kto jest kto? Musimy im zakolczykować ryje! Jak się woda mętna od czystej oddzieli, brudy spłyną - to świat nowy nam się zazieleni...
cdn...
Proszę o kontakt instytucje i osoby zainteresowane udziałem w wydaniu powieści "Biebrzańcy".
Krzysztof Pochodowicz - tel. 0505 442 495
E-mail: wiadlok@interia.pl

wstecz